26 grudnia 2011

Rozdział 4

Rozdział4

Dziwny dzień

Przez pierwsze dwa dni nie byłam w szkole. Liz i Daniel dobijali się do mnie-dzwoniąc, pisząc sms-y, dzwoniąc do drzwi, a Lena mówiła im, że mnie nie ma, lub że teraz nie mogę, czy coś w tym stylu. Kusiło mnie, żeby do nich napisać, czy jakkolwiek się z nimi skontaktować. W końcu to moi przyjaciele i byłam ciekawa jak tam się potoczyło z Peterem. W końcu jak Liz ma na kogoś ochotę, to najczęściej jej się to udaje. Tym razem to było naprawdę mocne zauroczenie. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak pochłoniętej miłością do chłopaka jak teraz. Może z jej zachowania to tak nie wynikało, ale jej oczy mówiły wszystko. Chociaż to ostatnie wydarzenie, że Liz poszła z jakimś chłopakiem po jego bluzę czy po cokolwiek, Było niespotykane! Zawsze nie ruszała się z miejsca. Traktowała siebie jak królową. Zawsze miałam niezłą bekę, kiedy widziałam tych biednych chłopaków, gdy nie wiedzieli co mają zrobić, jak chcieli się z nią całować na osobności czy coś takiego. Myślałam, że będą ją nosić na rękach. To byłoby śmieszne. Ale ona traktowała chłopaka jako plakietkę, jak coś co musi mieć, ale nie musi tego używać. Za każdym razem wybierała mnie, zamiast swoich chłopaków. Schlebiało mi to, a nawet więcej. Ja robiłam podobnie, ponieważ to ona mi na przymus kazała chodzić z różnymi facetami, starszymi o dwa-trzy lata, ślinili się do mnie, ale ich olewałam. Nie podobali mi się, chociaż patrząc z perspektywy innej dziewczyny, pewnie by mi zazdrościły.
Dobrze było zrobić sobie dwa dni wolne od szkoły, nawet jeżeli miałam siedzieć z Leną w domu. Właściwie to ona wszystko wymyśliła. Miałyśmy takie dwa babskie dni. Sporo mi wytłumaczyła i opowiedziała o sprawach... intymnych i tym podobnych. W te dwa dni, traktowałyśmy siebie jak najlepsze przyjaciółki. Rozmawiałyśmy o swoich dawnych miłościach, urządziłyśmy salon piękności i przez większość czasu, oglądałyśmy filmy. Na horrorach, Lena, wtulała się w moje ramie-przy takich straszniejszych scenach. Śmiałam się na horrorach, a nie umierałam ze strachu. Te sztuczne flaki! Heh... Chociaż te filmy stają się coraz bardziej realistyczne.
Dzisiaj natomiast, obudziłam się wcześnie rano-było jeszcze ciemno. Nie chciało mi się spać. Właściwie to nic bym nie robiła, nie ruszała się z łóżka, ale postanowiłam, że spakuje się i poczytam tematy z dwóch dni, żeby być na bieżąco. Połowy rzeczy i tak nie rozumiałam, ale szkoła już po to jest, żeby uczyć tonę nieużytecznych rzeczy, które nie przydadzą się nam w dorosłym życiu. No może co nieco, ale i tak za mało.
Zrobiłam sobie notatki i powkładałam pomiędzy strony, które przeczytałam. Nie mam pojęcia na co mi się zda ta wiedza na trzy marne dni, które będą nędzne i wszystko będzie się niemiłosiernie dłużyć. No, jeżeli wymyśle sobie jakieś zajęcie. Tylko jakie?! Samo się pewnie wymyśli.
Zaczęłam się ubierać, przebierać i majstrować. Musiałam wszystko dopasować do zielonego lakieru, który miałam na paznokciach. Liz nie było po co budzić. Niech śpi. Jak spotkamy się w szkole, to będzie mnie torpedować pytaniami i tak dalej.
W końcu coś założyłam na siebie odpowiedniego. Padło na zieloną tunikę i pantofelki, czarne rurki i kolczyki.
Wymalowałam sobie oczy cieniem do powiek i ułożyłam włosy. Wyszczotkowałam zęby i po tej porannej toalecie, zeszłam na dół z plecakiem pełnym ciężkich i niepotrzebnych, jak na mój gust, książek.
Rzuciłam się w fotel i wraz z nadejściem godziny siódmej, rozległy się dźwięki kroków i ziewań. Czekałam na mika, żeby go zaprowadzić do szkoły. Lena i Mikel, proponowali, że zawiozą nas do szkół, lecz odmówiłam. Miałam wielką ochotę na spacer. Szybko wyszykowałam brata i wyszliśmy.
Po zaprowadzeniu Mika do szkoły, szłam do swojej uczelni. Nawet nie wiem na jakiej ulicy byłam, ale gdy zobaczyłam go, miałam ochotę urwać mu głowę! Co on robi tu z tym plecakiem?!
Wzięłam kilka głębokich wdechów,a on, słysząc to, odwrócił się do mnie i uśmiechnął. Nawet zatrzymał się, żebym do niego doszła! Spojrzałam się na niego dziwnie, jak na idiotę, ale on nic sobie z tego nie zrobił tylko jeszcze ponaglił mnie ręką!!!
Podeszłam do tego debila i wpatrywałam się w niego pytająco. Zmierzyłam go jeszcze wzrokiem przed zadaniem mu pytania.
-Co ty tu robisz?! Nie powinieneś być... Gdzieś?!No nie wiem... W domu i urywać się przede mną?!-Warknęłam.-Rozważ też taką możliwość.
-Rozważałem.-Chwila ciszy.-Masz naprawdę miłą klasę, ale szkoda, że nie było cię przez te dwa dni.
Zasmucił się lekko. Naprawdę się zasmucił! Aż wybałuszyłam oczy ze zdziwienia. Czemu on był smutny?! Spojrzałam na niego niepewnie. Coś w jego oczach mówiło, że... Mówiło... mówiło, że...-nie mogłam tego wpuścić do swojej świadomości-mu się podobam! Aż walnęłam się w czoło i pokręciłam ze zrezygnowaniem głową.
-Nie masz u mnie szans!-Warknęłam.-Jestem zajęta.
-Mamy całą wieczność na zapoznanie się bliżej.-Odpowiedział jak najbardziej serdecznie i uprzejmie.-Będę na ciebie czekać tak, czy inaczej.
Przewróciłam oczami i ruszyliśmy do szkoły w milczeniu. Żadne z nas słowem się nie odezwało. Pasowała mi taka cisza-dobra, samochody jeździły jak oszalałe po ulicach, ale dobrze, że z nim nie gadałam, bo pewnie straciłabym panowanie nad sobą i coś mu zrobiła. Zakradanie do mojego pokoju nie jest rzeczą mądrą, dla śmiertelnika-jakąś mityczną postać to zaboli, poboli chwile i ból przechodzi. Nie ma sensu atakować takie stworzenia, chyba, że je zabijasz. To może jeszcze ujdzie, bo je w jakiś sposób skrzywdzisz. No może z znacznym stopniu, ale zawsze znajdzie się coś gorszego od śmierci.
Kiedy tylko weszliśmy do szkoły, Liz rzuciła mi się na szyję. Próbowałam się uwolnić z jej uścisku, ale trzymała mnie za mocno. Nie użyje na niej siły. Nie chcę jej zrobić krzywdy! Przecież to moja najlepsza przyjaciółka. Za bardzo jej potrzebuje, a poza tym, nie chcę, żeby znowu się mnie bali.
-Co się z tobą działo?!-Zaczęła na mnie krzyczeć.-O co w ogóle tu chodzi?! Czemu do mnie nie zadzwoniłaś?! Myślałam, że coś ci się stało! Chłopacy, mówili, że zeskoczyłaś z dachu! Dzwonili nawet po szpitalach i pytali się, czy cie tam nie ma, zwłaszcza po tym, jak nie przyszłaś do szkoły w poniedziałek. Czy ty wiesz, jak ja się o ciebie bałam?!
Myślałam, że zaraz się rozryczy czy coś takiego, ale po chwili na jej chwili, pojawił się uśmiech pokerzysty. Pewnie myślała, że nie wydobędę z niej informacji o całym niedzielnym dniu. Jeżeli tak myśli, to jest w wielkim błędzie! Zawsze się coś na nią znajdzie, żeby zaczęła gadać. Wystarczy mały pretekst, jedno odpowiednie słowo i już! To nie jest wcale dużo i też za dużo nie trzeba się wysilać.
Zaśmiałam się głośno.
-Czy ty widziałaś mnie kiedyś z gipsem na ręce? Czy może bandażem albo jakąś raną ciętą, albo siniakiem?-Uśmiechnęłam się do niej i mocno ją uścisnęłam.
-No nie...-Zmieszała się.-ALE TO NIE POWÓD, ŻEBY SKAKAĆ Z DACHU!!!-Wydarła się na cały korytarz tak, że wszyscy, łącznie z nauczycielami dyżurującymi, zwrócili się w naszą stronę pytająco.
Wychowawca naszej klasy podszedł do mnie wielce oburzony z naganną miną.
-Czy ja dobrze usłyszałem?!-Zapytał.-Skakałaś z dachu.
Pokiwałam głową.
-Może to pan sobie obejrzeć na monitoringu szkoły.-Wyszczerzyłam się do niego.-Mam kilkunastu świadków, którzy to potwierdzą. O właśnie! Coś sobie przypomniałam.-Mój uśmiech się poszerzył.-Jak tam Drake? Zszedł z dachu? Czy straż pożarna musiała po niego przyjechać?
Nauczyciel zaczął kipieć z wściekłości. Za chwile będzie można na nim wodę gotować! Ku mojemu zdumieniu, opanował się a na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
-Dziękuje, ze jesteś ze mną szczera.-powiedział to zbyt uprzejmym tonem. Aż się przestraszyłam.-Teraz możesz pójść ze mną do dyrektora i się mu będziesz tłumaczyć.-Zastanowił się przez chwilę.-Rodzice wiedzą co zrobiłaś?
I wtedy, podszedł do nas ten wampir. Nadal nie wiem jak ma na imię. Stanął naprzeciw nauczyciela i spojrzał mu głęboko, hipnotyzująco, w oczy, szepcąc pod nosem:
-Zapomnisz o tym co usłyszałeś przed chwilą i będziesz pamiętał, że rozmawiałeś z Angelą o kartkówce z polaka.-Zamrugał oczami i wyprostował się. Na jego twarzy pojawił się strach.-Wszystko w porządku, panie profesorze?-Złapał go pod ramię.
-Co się stało?-Spytał nauczyciel łapiąc się za czoło.
-Nie pamięta pan?-Spytałam.-Rozmawialiśmy o kartkówce z polskiego, która była w poniedziałek, ale mnie na niej nie było.
Podrapał się po brodzie w zamyśleniu.
-Na tak... Zapomniałem.-Odezwał się w końcu.-Źle się czuje. Pójdę sobie zrobić kawy. Przepraszam.
Odszedł trochę chwiejnym krokiem w stronę pokoju nauczycielskiego.
Spojrzałam z niedowierzaniem na wampira.
-Gadaj!-Szepnęłam do niego nie odwracając wzroku od profesora.-Jak to zrobiłeś?!
-A taka mała sztuczka.-Wyszczerzył się do mnie.
Nagle, gała nienawiść do niego jakby sobie gdzieś poszła. Czemu on w ogóle to zrobił? Przecież byłam dla niego nie miła. Nie powinien spróbować mi uprzykrzyć życia, a nie mi pomagać? Nie rozumiem go. Przecież nie wisi mi przysługi ani nic poza tym.
-A tak w ogóle-wyciągnął do mnie rękę-to jestem Nicolas. Nie miałem okazji się przedstawić, a tamta noc... No cóż. Przepraszam, ale jak tak zaglądałem po domach i dostrzegłem ciebie... Po prostu nie mogłem uwierzyć. Nie dla tego, że jesteś ładna czy coś, ale dla tego, że ci ludzie... przecież oni...
-No tak. I co z tego?-Zmierzyłam go wzrokiem.
Rozłożył ręce przed siebie w geście podania.
-O czym wy tak intensywnie rozmawiacie?-Liz wpatrywała się w Nicolasa pytająco. Ona rozumiała z tego najmniej. Właściwie nic.-Co? Powiecie?
-Kontrola umysłu. On jest hipnotyzerem.-Odpowiedziałam jej, zanim zrobił to wampir.-No wiesz, jak ci, którzy to niby pomachają ci przed nosem zegarkiem i mają cię w garści.
Zaśmiałyśmy się cicho. Wyszczerzyłam się do Nicolasa, a jego uśmiech sięgał już niemal uszu. Zadzwonił dzwonek na lekcję. Wystraszył mnie. W ogóle zapomniałam, że jestem w szkole. Ucięłam sobie miłą pogawędkę z kolegami i już nie wiesz gdzie jesteś.
Poszliśmy pod klasę. Podczas przejścia przez całą szkołę, żeby dojść pod naszą klasę, dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy o naszym nowym koledze z klasy. Podobno, mieszkał we Francji, Włoszech, Kanadzie, Brazylii, Mongolii, Nigerii, Madagaskarze, nawet w Egipcie! A później, żeby ochłoną, zamieszkał w Grenlandii. Na koniec odwiedził Indonezję i zahaczył o rafę koralową koło Australii i dotarł do nas. Podobno, walczył w Iraku i Pakistanie. Brał udział w wojnie secesyjnej oraz w I i II wojnie światowej. Za każdym razem pozorował swoją śmierć. Czyli można było powiedzieć, że był człowiekiem honoru. Żył już w średniowieczu i tam też brał udział w różnych bitwach o wolność kraju. Nazywano go za tamtych czasów sir Nicolas. Podobno walczył dla swoich księżniczek, ale i tak, one, wybierały innych, lub musiały. Za każdym razem coraz łatwiej było mu się po tym pozbierać, bowiem nie spotkał kobiety, za którą poszedłby nawet i do piekła.
Trochę mu współczułam z tego powodu. Odwieczna tułaczka w samotności po naszej Ziemi. Wielka kara dla poczciwca, który-chyba-nic takiego nie przeskrobał. Miałam ochotę go uściskać. Jednakże, zaszliśmy pod klasę i wszyscy chłopacy, jak jeden, zaczęli klaskać. Nie miałam pojęcia o co tu chodzi. Po prostu byłam osłupiała.
-Powiedz mi, proszę, że umiesz czytać w myślach!-Spytałam Nicolasa rozpaczliwym szeptem.
Pokręcił ze smutkiem głową.
-Uwierz mi-odparł.-Chciałbym.
Zaśmiał i popchnął mnie akurat na idącego w naszą stronę Daniela.
-Ej!-Krzyknęłam na Nicolasa.
Wpadłam wprost w ramiona swojego chłopaka, nie spuszczając jednocześnie wzroku z wampira. Wiedziałam, że za szybko nie będę miała jak mu się odpłacić pięknym za nadobne, ponieważ teraz, zaczęli gwizdać i huczeć, że mam go pocałować.
-Zrobię to-szepnęłam- ale najpierw powiedz. O co im, do licha, chodzi?!
-Nazywają cię hardkorem!-Wyszczerzył się do mnie.- No wiesz. Po tym jak skoczyłaś z dachu i w ogóle.
Przewróciłam oczami kiwając ze zrezygnowaniem głową.
Zadzwonił drugi dzwonek i zauważyliśmy, że zbliża się do nas nauczyciel.

~***~

Siedzieliśmy pod którąś z klas zasłonięte przez resztę uczniów. Liz przez cały czas opowiadała mi jak to cudownie dogaduje się z Peterem. Nie ma odwagi, żeby pocałować go. Po prostu patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Ona?! Przecież Liz zawsze, ale to zawsze całuje się z chłopakami po pierwszej randce i to jest ich drugi sprawdzian. Zazwyczaj go oblewają, a ja mam później pełne ręce roboty. Od pocieszania Liz i tłuczenia jej do głowy, że to nie pocałunek się liczy oraz chłopaków
, którzy nie przeszli jej testu. Nie dowierzali, gdy ona mówiła, że się z nimi nie spotka już więcej. Randki były wręcz idealne. Kino, restauracja, romantyczny spacer... Każdy chłopak ciągnął mnie do kina na jakieś filmy. W większości nawet mi się podobały, ale inne... to była po prostu porażka!!! Na horrorach chowali się za moim ramieniem. A ta nie ja powinnam się chować w ich objęciach?! Po seansie udawali twardzieli, ale ja już nie chciałam mieć z nimi nic do czynienia! Z takimi boi dupami?!
W korytarzu pojawił się Daniel i, rozglądając się po korytarzu, podchodził do wybranych z tłumu osób, i o czymś z nimi rozmawiał. Na minach jego rozmówców, pojawiały się szerokie uśmiechy i potakiwania głową. Znów uważnie rozejrzał się po tłumie i zatrzymał wzrok na mnie, uśmiechając się. Podszedł do nas i kucnął przede mną, opierając się rękoma o moje ugięte kolana. Liz, już wstawała, żeby zostawić nas samych, ale Daniel zatrzymał ją jednym ruchem ręki. Pokręcił głową, że nie ma odchodzić i przemówił:
-To ja chcę was zaprosić na domówkę, a ty chcesz uciekać?-Zwrócił się do Liz, puszczając jej oczko.
-Coś ty powiedział?!-Krzyknęła moja przyjaciółka z niedowierzaniem. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech i nadzieja.-Kto tam będzie?!
Zaśmiał się krótko.
-No a jak myślisz?
Jej oczy po prostu zaświeciły! Złapała mnie za ramię i mocno się do niego przytuliła.
-Liz!-Miażdżyła mi kość i mięśnie ręki.-Złamiesz mi rękę!
-No a ty? Przyjdziesz?-Daniel oparł brodę na ręce.
-Przyprowadzę ją na stówę!-Odparła Liz, chociaż pytanie było skierowane do mnie.-Zrobię ją na bóstwo! Nie poznasz jej!
-I tego się właśnie boję...-Wyszeptałam sobie pod nosem.
Daniel parsknął śmiechem. Najwyraźniej usłyszał to co powiedziałam. Pogłaskał mnie po ramieniu i znów się wyszczerzył.
-No to, załatwione. Przeszkodziłem wam w czymś?
-Nie, ależ z kąt?!-Odparła Liz zbyt ambitnie, jak na nią.-Kiedy i o której?!
-W sobotę o 17?-To brzmiało bardziej jak pytanie.
Moja przyjaciółka energicznie pokiwała głową. Jej chwyt na moim ramieniu się zwiększył. Bolało jak nie wiem, ale nie dawałam tego po sobie poznać.


~***~


Wychodziliśmy z Danielem, trzymając się za ręce, ze szkoły. Przeszliśmy może, no nie wiem, jakieś 3metry i on, zatrzymał się i stanął jak wryty. Wybałuszał gały w stronę gróbki chłopaków ubranych na czarno(przebranych za Gotów). Dwóch wysokich i umięśnionych i dwóch o pół głowy mniejszych- ale i tak mnie przerastali. Wszyscy czworo, też się na niego spojrzeli, a kiedy tylko to zrobili, Daniel ruszył w ich stronę ciągnąc mnie ze sobą. Udało mi się zrównać z nim kroku.
-Siema Daniel!
-Dawno się nie widzieliśmy!
-Jak tam leci?!
Usłyszałam te pytania od Gotów. Jednak, coś dziwnego mi się w nich wydawało. Przyjrzałam się im, ale dostrzegłam, spod tony kredki do oczu i tuszu do rzęs,-nawet ja tyle tego nie używam-tylko nasycony niebieski kolor. Wszyscy jak jeden, mieli czarne czupryny, koszulki i spodnie oraz łańcuchowe bransolety i obroże z kolcami.
Daniel, przywitał się z nimi i chwilę pożartował. Uśmiechał się od ucha do ucha, ale jedno zdanie wystarczyło, żeby stał się zły i nerwowy.
-To jak to teraz?-Spytał ten z najkrótszymi włosami.-To o Elizabeth już nie pamiętasz?
-Spadaj Mati.-Warknął Daniel.-Nie przypominaj mi o tej dziwce.
-Uuu...-Zawołali chórkiem.
-To może tak nas przedstawisz swojej nowej dziewczynie?-Zapytał Ten, którego Daniel nazwał Mateuszem.
Wskazał na niego ręką i powiedział:
-To Mateusz...
-Mów mi Siekiera.-Przerwał mu Mati.
-To Arek.-Wskazał na stojącego obok chłopaka. Włosy może miał lekko dłuższe, ale na pewno bardziej puszyste.-A tamci dwaj to: Kamil i Sam.
Uśmiechnęli się i skinęli do mnie głową. Obydwaj byli „ulizani”. Wyglądali na gejów. Stali blisko siebie i niemal w ogóle nie było widać, że trzymają się za małe palce u rąk. Nie patrzyli się na siebie, a wyraz ich twarzy zmienił się tak nagle z przymilnego na wrogi.. Zupełnie, jakbym była z jakiejś innej planety. Tak świdrowali mnie tym spojrzeniem, że to aż bolało!
-A to Angela.-Posłał mi uśmiech w zwrócił się znów ku kolegom i zaczął prowadzić żywą rozmowę.
Właściwie tylko z Arkiem i Mateuszem. Tamci dwaj nie byli jednak zafascynowani rozmową.
Po niekończącej się wymianie zdań, nagle padło hasło „domówka”. Od razu włączyłam się do rozmowy.
-... będzie super zobaczycie.-Mówił Daniel.
-Na pewno!-Dodałam mając już dość czekania.-Może poznanie jakieś nowe dziewczyny, które przypadną wam do gustu.-Pytanie było skierowanie do Arka i Siekiery. Wyszczerzyli się do mnie, co mnie zaskoczyło.
-Wiesz co Ang?-Odpowiedział Mateusza.-Akurat dobrze się składa, bo szukamy dziewczyn. W naszym mieście zrobiły się takie dziki, że to niemożliwe. Mała nieuwaga a lądujesz z nią w łóżku.-Spojrzał na Daniela potrząsając brwiami i zaśmiał się, a mój luby lekko poczerwieniał i warknął:
-Prosiłem! Nie przypominaj mi o niej!!!
Wolałam na razie nie pytać o co chodzi z tą dziewczyną.
Walnęłam go w ramię, a on spojrzał na mnie z pode łba.
-Miażdżysz mi rękę!-Na jego twarzy od razu pojawił się przepraszający uśmiech i uścisk stopniowo zelżał. Wskazałam palcem na Mateusza i mu nim pogroziłam.-A ty, jeżeli jeszcze raz wspomnisz o tej dziewczynie, to skończysz w szpitalu i nie mówię tu o zazdrości-powiedziałam to bo usłyszałam sarkastyczne „Auuu...”-i nie mam zamiaru uskarżać się na jakikolwiek ból, choćby najmniejszego stawu.-Spiorunowałam go wzrokiem, ale nic sobie z tego nie zrobił. Tylko wzruszył ramionami.
-Dobrze, a kto miałby sprawić, że karetka miałaby po mnie przyjechać.
-A choćby i ja.-Wytknęłam mu język.
-Tak? Ty?!-Roześmiał się na całe gardło.- Już prędzej Daniel stanie się Bogiem Słońce. Przecież ty mnie nawet nie dotkniesz.
-A chcesz się założyć?
-No pewnie! Jak wygram to...
-Nie mów, że też chcesz, żebym cię pocałowała...
-No coś ty! Nie jestem taki prymitywny i nie zamierzam podrywać dziewczyny kumpla!-Odparł jak najbardziej poważnie.-Dobra, nie mam pomysłu.
-Ja niestety też, no to może spytajmy kto jest za kim.
Przytaknęli.
-To kto jest za Siekierą?-Arek, Kamil i Sam podnieśli rękę.
-A ty czemu nie jesteś za mną?-Spytał zdziwiony Mateusz.
-Uwierz mi, mam już doświadczenie w zakładach z nią. Człowieku ona ma mnie w garści.-Daniel spuścił głowę.- Przegrałem zakład.-Wymamrotał.
-Nie wierzę? Ty?
Skinął tylko głową nie podnosząc wzroku.
-No dobra, to uwaga iii... Start!-Krzyknął Arek.
Po prostu czekałam na to. Zniknęłam im z widoku lądując na jednej gałęzi drzewa, z kąt miałam na nich dobrzy widok.
Rozglądali się dookoła mówiąc:
-Wow! Jak ona to zrobiła?
-A nie mówiłem.-Daniel zaśmiał się.-Na twoim miejscu chowałbym się już Siekiera.
Bacznie obserwowałam każdy ruch Mateusza. Nasłuchiwał najmniejszego szelestu, a gdy wiatr zawiał, od razu się odwrócił do mnie plecami. To był dobry moment do ataku.
Teleportowałam się za niego, klepiąc go palcem po ramieniu, a następnie przeniosłam się koło Daniela, uwieszając się mu, przy okazji, o ramię. Nie przestraszył się, tylko zrobił jakieś manewry rękoma i już znalazłam się w je ramionach. Tak było mi w nich wygodnie.
Opierałam się plecami o jego pierś, a on zaplótł ręce na mojej talii.
Mateusz spojrzał się na mnie ze zdziwieniem.
-Ha! Zadowolony?-Krzyknęłam uradowana.-Wydawałeś mi się trudniejszym przeciwnikiem.
-Ale to nie fair! Nie byłem przygotowany na taki obrót akcji!
-A czy nie chodzi o to, żeby zaskakiwać?-Zatrzepotałam rzęsami usatysfakcjonowana.
-Dobra, wiem kiedy przegrywam. Masz racje. Przyznaję ci zwycięstwo.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-Dobra. A ja mam dla ciebie małą propozycję...
-Jaką?-Spytał zaciekawiony.
-Daj mi dokończyć. No więc, skoro idziesz na imprezę do Daniela i chcesz sobie poszukać jakąś fajną dziewczyny i nie taką, która będzie lecieć na ciebie, bo jesteś ładny i w ogóle, tylko jaką rozważną i nie puszczalską-skoro takie ci się już znudziły...-Wzruszyłam ramionami.
-No pewnie! A znasz taką?
-No pewnie, tylko jaki jest twój ideał?
-Wiesz co? Jeszcze nigdy go nie spotkałem...-Zasmucił się.
-Spoko. Pomogę ci.
Ucieszył się.
Po krótkiej wymianie zdań, ruszyliśmy w stronę domu. Trudno określić którego, bo i moje i Daniela mieszkanie znajdowało się przy tej samej ulicy.
Rozmawiali tak, jakby wieczność się nie widzieli, a w zasadzie, nie widzieli się prawie trzy miesiące.
Z ich rozmowy, okazało się, że ci czworo, i Danie, też trafią do tej samej szkoły co ja. Czułam się usatysfakcjonowana, że będę mieć tam znajomych. Mimo że samych chłopaków, ale fajnie jest mieć taką obstawę.
Ciekawi mnie, jak to będzie w tej szkole. Ilu uczniów do niej chodzi. Jakimi prawami się rządzi, bo tak prawdę powiedziawszy, to tylko rzuciłam na ten regulamin okiem i za dużo się nie dowiedziałam.
Lubie jak nikt nie zawraca mi głowy, ale też potrzebuje z kimś pisać, przebywać i tym podobnych rzeczy.

~***~

Oczywiście, cudownie było sobie pomarzyć o nadchodzącym nieubłaganie dniu, w którym to Liz będzie świergolić z radości, ekscytacji i podniecenia i może jeszcze innych nieznanych mi ekstaz. Cóż to ona teraz musiała sobie wyobrażać! Pewnie układała sobie w głowie różne sceny związane z nią i Peterem.
Miło było się uśmiechnąć choć przez ostatni dzień prawie, a właściwie w ogóle, tego nie robiłam. Można oszacować, że jakieś dwa dni siedziałam zasępiała patrząc się ja szpak w gnat i rozmyślając o niebieskich migdałach. Daleko wybiegałam myślami. Oj, i to nawet za bardzo! Dziwne, że akurat teraz zaczęłam zastanawiać się nad tym co będzie gdy... lub gdyby... Nie mogłam oprzeć się rozkoszy wyobrażając siebie szczęśliwą z gromadką dzieci nie dotknięta żadnym dręczącym mnie wspomnieniem i, oczywiście, z jedyną osobą, która liczyła się w moim mniemaniu. Nie trudno było się domyślić kto to, ale tak prawdę powiedziawszy, to chętnie pozbyłabym się tych myśli, które potem przeobrażały się w niemal prawdziwie wyglądające sny i które doprowadzały mnie, na sam koniec, do płaczu. Tak było od kiedy poznałam Daniela.
Czemu...?
A to dla tego, że stałam nad swoim ciałem wpatrując się w nie z niedowierzaniem starając się krzyczeć na siebie i krzyczeć do Daniela, że ja żyję, że stoję koło niego.
Zawsze po tym, budziłam się zlana zimnym potem, ręce mi się trzęsły, wszystko dookoła mnie wirowało jak oszalałe. Raz budziłam się na dworze, raz w ogródku a teraz miałam się obudzić na jakiejś polanie- wielkiej łące, która się rozciągała tak, że nie było widać końca- tak zielonej i kwiecistej, że to teraz mało wyobrażalne, ale jednak. Rosło tam pełno trawy, ale gdzieniegdzie rosły piękne białe róże, a w kratkę z nimi szły czerwone do nich dochodziły żółte, a może złote...? A ten biały to nie była biel, tylko srebro, a może białe złoto...? Czerwień kwiatów była tylko połyskującym rubinem...? Gdy się dobrze wyostrzyło swe zmysły, można było dostrzec, posłuchać, a nawet, poczuć przepływający nieopodal strumyk. Można się było zatracić w uroku tej oto chwili, ale zupełnie nie miałam pojęcia gdzie jestem. To mnie trochę zasmuciło, bo nie chciałam odchodzić, a na pewno, chciałam tu kiedyś powrócić, może powracać za każdym razem kiedy źle się poczuję..., coś będę musiała rozmyślić..., nad czymś pogłówkować...
Z nieskrywaną chęcią, podeszłam do strumienia. Moje ciało rwało się do niego, aby potem zatracić się w połaci, o dziwo, ciepłej i tak lśniącej wody, że aż zaparło mi dech w piersiach. Z czasem jednak oddech powrócił, ale nadal nie mogłam uwierzyć, że woda się tak świeci! Właściwie to wszystko tutaj błyszczało się tak nienaturalnie. Zupełnie tak, jakby ktoś kręcił film i za kontrast, wybrał coś co się jarzyło pięknym plaskiem. Tak pochłaniało.
Po kąpieli w przeźroczystej rzeczce postanowiłam, że podejdę bliżej i przyjrzę się jednemu z krzewów róż. Ujęłam biało-złoty pąk w swoje dłonie. Na płatkach pąku, jak i na liściach, były umieszczone krople wody. Zupełnie tak, jakby przed chwilę mżyło, a ja nie miałam o tym pojęcia. Zupełnie o niczym nie miałam tutaj pojęcia. Wszystko było dla mnie jasne, ale też równocześnie niczego nie rozumiałam. Nic co tu się działo, nie miało najmniejszego sensu. Ani to, że ja tu jestem, ani to, że tak wspaniałe kwiaty mogły porastać tę polanę.
Serce mi zaczęło szybciej bić. Tak niespokojnie jakby coś miało zaraz mnie zaatakować. Bicie serca mnie sparaliżowało.
To coś... A może ktoś był tak blisko, albo zbliżał się tak szybko, że nie było nawet poco się odwracać, albo też się rozglądać. Nawet nie widząc twarzy, już wiedziałam kto się czai w moim cieniu. Kto tylko czyha, żeby przycisnąć święty, mroczny, miecz do mojego gardła. Kto cieszyłby się z moich katuszy. Kto tylko czeka na mnie od urodzenia...
Co ja temu wariatowi niby takiego zrobiłam?! Jako małe dziecko?! On najwyraźniej oszalał. Mimo, że gdy po raz pierwszy spojrzałam mu w oczy, widziałam w nich miłość, troskę i takie tam, ale to była tylko aluzja. Kiedy pokazał swą prawdziwą postać w jego oczach można było dostrzec strach o własne życie, ale to nie mnie się bał. Nadal głowiłam się nad tym, dlaczego on bał się o życie, mimo że próbował zabić mnie, choć to nie ja mu przeszkadzałam.
To jest tak złożone, że mój pojętny mózg nie mógł nadal tego przetrawić i ułożyć w jakąś logiczną całość. Potrzebna mi była tylko jedna mała-może nie istotna- informacja, która sprawiłaby mi wielką pomoc w rozwikłaniu tej nadzwyczaj nie logicznej sytuacji.
Co ja sobie wyobrażam?! Może zaraz do niego podejdę i spytam się: „O co ci kurwa chodzi?! Co ja ci zrobiłam?! Czekam na wyjaśnienia!” Ale prawda jest taka, że skoro już teraz nie mogę się ruszać z miejsca, a co dopiero, gdy spojrzę mu w oczy. Chyba zmrozi mnie tak, że nawet nie będę mogła wziąć swobodnego oddechu. Kończyny odmówią mi posłuszeństwa? A on będzie się śmiać tym mrożącym krew w żyłach, śmiechem? Ze mnie...
Nie mogłam na to pozwolić.
Zacisnęłam mocno powieki i wzięłam dwa pełne wdechy. Następnie odwróciłam się na pięcie i otwierając oczy, natrafiłam na jego spojrzenie i łypnęłam na niego wyzywająco. Zdziwiło mnie to, pod jaką postacią mi si tu ukazał. Nie był tym szalejącym w swoim żywiole, potworem, tylko tym miłym i uczynnym chłopcem, który się mną opiekował i był dla moich rodziców jak syn. Nie mogłam uwierzyć, że ten uroczy młodzieniec może być bezlitosnym potworem, który chce mnie zniszczyć. Zabić bez cienia jakichkolwiek wyrzutów sumienia chodzić i odbierać następnym istnieniom ich doczesny byt. Zabierając im wszystko co mieli. Dobrobyt: mieszkanie, pracę, jakieś tam uznanie wśród ludzi. Ale jednego nie jest im w stanie odebrać. (Dobra dwóch rzeczy, ale to i tak żadna różnica. To jedno i to samo!) nadziei, która wiązała się z miłością i tym oczekiwaniem na lepsze jutro. To właśnie dlatego tak dużo osób lądowało na ulicach. Wspinali się po trupach słuchając jego podszeptywania, a gdy już mu się znudził, rujnował go doszczętnie. Niszczył jego samoocenę, poczucie własnej wartości co prowadziło do samobójstw, bo już nie mogli wytrzymać z tą samotnością, która prowadziła do szaleństwa a potem takie a nie inne rzeczy się dzieją. Często są to ataki psychopaty, który nie ma już nic do stracenia, byle tylko nie musiał już tułać się po tym świecie. Wszystko, byle odejść w niebyt. Zamienić się w proch z którego zostaliśmy zrodzeni. Wszystko byle tylko... Nie być już samotnym. Cieszyć się każdą najmniejszą zmianą w świecie. Odpokutować poczynania, a podczas sądu ostatecznego, wyrazić szczerą skruchę i znaleźć się w zasięgu tego najwyższego i móc napawać się jego majestatem. By spotkać ludzi, których kochaliśmy i straciliśmy i których mieliśmy spotkać po tak długim czasie. Jedynymi postaciami jakie bezkarnie i za pozwoleniem Najwyższego mogli doświadczać tego majestatu, były anioły, które zostały stworzone przez Niego i chwaliły go, niosąc jego chwałę na swych skrzydłach, podróżując dookoła nas, ale my ich nie zauważamy, bo jesteśmy ślepi na wszelkie dobro, jakie nas otacza. Na wszelką miłość, którą drugi człowiek chce nas otoczyć, a zamiast tego mówimy, że to jakiś pedał i trzeba się od niego trzymać z daleka. Prawie nikt już prawdziwie nie kocha,. A jeżeli próbuje, to nie wie co ma takiego zrobić, bo nigdy nie dał nikomu szansy...
Ale dość już o tym.
Stałam tak, świdrując młodzieńca wzrokiem. Było mu zupełnie obojętne co robi, gdzie jest, itd. Liczyło się dla niego to, że ma okazję i to chyba niepowtarzalną. Nagle w jego dłoni pojawiło się mroczne ostrze, który zionęło strachem, zgubieniem, pustką i niebytem. Tak zimne, że nawet -110^Celsjusza w porównaniu z nim, było ciepłej jak słońce w bezchmurny, letni poranek. Nic nie było się w stanie do niego porównać.
Mimo, ze migoczące zło w rękach nadludzko pięknego chłopca, było ode mnie zaledwie metr, to już czułam na swej skórze jego ostre jak żyleta, ostrze. Już po prostu czułam jak moja ciepła krew wypływa z ran i zamarza od razu, gdy tylko zbliży się do metalowej części broni. Paraliżował mnie strach i on, już chciał to wykorzystać. Rzucać się na mnie, ale nie zdążył.
Coś boleśnie na mnie wskoczyło. Nie był to ten młodzieniec, gdyż z spod zamkniętych powiek, widziałam tylko ciemność. A kiedy poczułam, że ktoś na mnie spadł, od razu znikł obraz rozświetlonej do zemdlenia łąki i tego boskiego psychopaty.
Nie zważając na to, kto też ośmielił się skoczyć na mnie, przytuliłam go mocno i ucałowałam w czoło szepcąc tak cicho, że tylko ja to mogłam usłyszeć:„Dziękuje”.
-Ej dobra! Wyluzuj! Przestań! Nie wytrzymam za chwilę! Dość!
Wyrzucał z siebie pospiesznie Mike, gdy odpłacałam mu się pięknym za nadobne, ale obydwoje mieliśmy z tego ubaw.
Chłopiec skręcał się ze śmiechu, gdy tylko moje palce lekko przesuwały się po jego ciele łaskocząc go niemiłosiernie. Miał na tyle ze mnę przechlapane, że znałam jego słabe punkty i łatwo było mi go pokonać nie wysilając się przy tym za bardzo. Drugą rzeczą była jego ta sama, niezmieniająca się w żadnym stopniu, taktyka. Była tak przewidywalna, że tylko trzeba było robić w odpowiednim momencie uniki.
Starałam się nie pokazywać bratu, że coś mnie trapi. Maska na mojej twarzy mogła spaść w każdej chwili, ale czułam, że spadnie dopiero po jego wyjściu.
Dałam mu w końcu za wygraną, udając zmęczoną, i kazałam iść się ubierać. Paradował jeszcze w piżamie. Prawdopodobnie, nie mógł oprzeć się pokusie obudzenia mnie w taki czy inny sposób.
W pokoju nie było za jasno, bo za oknem, na niebie, zalegały chmury zasłaniając słońce. Zbierało się na deszcz, bo gdy tylko uchyliłam okiennice owiało mnie zimne, ciężkie powietrze. Nie wzdrygnęłam się, ale i tez nie ucieszyłam. Nie lubiłam jak była taka pogoda, a w dodatku panował chłód, wolałam oczywiście jeden z tych gorący a w ręcz upalnych dni w lecie, po których następnego dnia miał przyjść ciepły deszczyk. Zawsze wtedy siedziałam na dworze- sama, lub z Mikiem- tak długo,do puki mi się nie znudziło. Najczęściej było wtedy po ulewie, lub zbyt późno na taką zabawę. Najczęściej nazajutrz byłam przeziębiona i tak jak ostatnio, Lena wyjeżdżała z tą wielką walizką. I tak nie wiem poco to robiła skoro i bez tego na drugi dzień byłabym już zdrów jak ryba. Pewnie nie wiedziała jak zresztą o wielu innych rzeczach też nie.
Ubrałam się trochę posępnie, bo ciemne dżinsy, szaro-niebieską bluzkę i miałam zamiar ubrać do tego szare adidasy, ale za to kurtka na jesień-przeciwdeszczowa-była czerwona w ciemną kratkę. Z włosami prawie nic nie robiłam, poza tym, że je rozczesałam. Wyszczotkowałam zęby i zwlokłam się z plecakiem na dół. Z chęcią rzuciłabym go gdzieś w kąt i nie szła do nudnej szkoły, w której nic się nigdy nie dzieje, poza rewelacjami, które ja stwarzam na nowo, ale ostatnio nie che mi się ich robić.
I tym razem, gdy szłam zaprowadzić Mika do szkoły, spotkałam Nicolasa. Poszedł ze mną odprowadzić brata, który po drodze zadał mu masę pytań. Tłumaczył się, że potrzebuje kilku informacji na lekcję, bo mieli przeprowadzić wywiad, a on zapomniał. Wypytywał go o rzeczy typu: „Kiedy się urodziłeś?”, „Ile masz lat?”, itd. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Nicolas, nie krył, że urodził się gdzieś pod koniec Iw p. n. e.. Mike, jak łatwo było się domyślić, śmiał się, ale nadal dociekał. Myślała, że Nick kłamie i tylko chce go spławić, ale i tak musiał przestać, gdy doszliśmy pod budynek szkolny. Tym razem ja zabrałam się do wypytywania go o jego przeszłość.
-Mówiłeś, że brałeś udział w wojnach w średniowieczu. A co robiłeś przez te prawie pięć wieków?
-Z początku moja rodzina myślała, że jestem opętany. Też byłem święcie o tym przekonany, ale przez te ich nieustanne modły wymordowałem niemal pół wioski. Wiesz jak się to skończyło?
Pokręciłam przecząco głową.
-Nie wytrzymałem.-Odparł smutno.-Zabiłem ich. Byłem zbyt młodym wampirem, żeby oprzeć się takiej pokusie. I tak długo wytrzymałem dość długo, ale ojciec musiał przeciąć rękę.-Pokręcił z niedowierzaniem głową.-To był jego pierwszy i ostatni błąd. Kiedy tylko zorientowałem się, że zabiłem moich bliskich, byłem już cały umazany krwią. Wybiegłem z domu na rażące, moje oczy, słońce. Nie tylko to mnie bolało. Myślałem, że płonę, ale wziąłem to jako karę za swoją winę.
Mieszkańcy przestraszyli się i pochowali do swoich domów, tylko nieliczni odważni zostali. Dało się ich podzielić na dwie grupy. Jedna poszła spalić ciała moich krewnych, a ja kazałem im się zakuć w dyby i wywieść z miasta, albo utopić w jeziorze. Wybrali drugą opcję. Związali mnie łańcuchem, do którego przymocowali głazy, a następnie wrzucili mnie na sam środek jeziora. Od tamtej pory nikt nie zapuścił się dalej niż do miejsca w którym mnie utopili. Widziałem ich, ale nie pływali nade mną tylko kilkanaście metrów dalej. Zwalczałem w sobie pokusę, żeby uwolnić się i ich pozabijać.
Po pewnym czasie-jakiś dwóch pełniach- przestali zupełnie pływać po tych wodach, ale i tak się nie uwolniłem. Siedziałem tak na dnie przez kolejne lata, aż pewnego dnia, przepływała tamtędy jakaś łódka. Nie wytrzymałem. Nie dlatego, że byłem głodny, tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, dlaczego nikt od tak dawna tam nie pływał.
Zauważyła mnie pewna młoda szlachcianka i przestraszona kazała mi wejść na łódź. To dzięki niej jestem teraz bardziej człowiekiem niż wampirem. Odziała mnie, a ja w zamian byłem jej sługą, ale ona mnie tak nie traktowała. Była dla mnie wyrozumiała. Uczyła mnie tego co sama umiała. Byłem workiem treningowym jej męża. To dzięki mnie obronił swoje ziemie i dożył swego wieku i przekazał spadek mnie, gdyż nie miał dzieci, a ja byłem dla niego jak syn. Nauczył mnie czytać, mówić po łacinie i modlić w zupełnie inny sposób.
Spytałem się go jeszcze przed jego śmiercią, co się stało z wioską, która stała tu o wiele wcześniej na miejscu tej mieściny. Podobno podbili tę wioskę, w której było i tak za mało mieszkańców. Właściwie to mój lud się poddał i przystał na ich warunki. Razem wybudowali piękne i wielkie królestwo, a legenda o upiorze z jeziora pozostała. Krążyły te historie wśród mieszkańców dość długo, żeby trafiły do mojego serca wystarczająco mocno, że swój cały gniew wylałem w bitwie z najeźdźcami. Sam, uzbrojony jedynie w miecz, wykosiłem połowę armii. Mieli mnie za bohatera, ale niestety upozorowałem własną śmierć, zapisując cały spadek jednej ze znajomych szlachcianek. Najmłodszej córce pewnego szanowanego lorda.
Zbudowali dla mnie kryptę, w której mnie pochowali. W następną noc wychodziłem z niej i uciekałem do innej mieściny. Dzięki swojej urodzie zdobyłem wiele szacunku i uznania wśród władców. Udawało mi się za każdym razem pozorować śmierć i jakoś przeżyłem do teraz. Choć przez jeden wiek uczyłem się na nowo życia w śród ludzi. Za każdym razem uczyłem się nowego języka, ale najłatwiej było mi się porozumiewać po łacinie. Ten język był w tamtych czasach bardzo powszechnie używany, co pewnie wiesz.
Pokiwałam głową w zamyśleniu.
-Bardzo ciekawa historia.-Podrapałam się po brodzie.-Może to dziwnie zabrzmi, ale czym się żywisz? I czemu, jak mówiłeś, słońce cię raziło, a teraz nic sobie z tego nie robisz?
-Jadam normalnie jak ludzie, ale żeby tak było, co jakiś czas muszę się pożywić krwią. Najczęściej jest to jakieś duże zwierzę. Albo dwa lub więcej. A czemu słońce mnie nie razi tak? Uodporniłem się na nie. Dużo pracowałem na polu i to tylko moja wytrwałość pozwoliła mi na uodpornienie się. Rozumiesz, prawda?
-Tak.
Był bardzo spięty, więc pogłaskałam go po ramieniu.
-Przepraszam.-Wyszeptałam.
-Za co?-Oburzył się.
-Za to, że sprawiłam ci ból. Za to, że przeze mnie musiałeś sobie to wszystko przypominać. A jeżeli mi powiesz, że to nie to, to się uśmiechnij.
Jego usta wygięły się w krzywy uśmieszek.

~***~

Ostatni dzień w tej zasranej budzie. Już nie mogłem się doczekać, żeby skopać komuś tyłek na pożegnanie. Mogli by mnie z niej nawet wyrzucić i tak mam na to wyjebane. W końcu idę do szkoły dla jakiś mitycznych dziwactw, których jestem częścią. Nie przeszkadza mi to, w ręcz przeciwnie, to jest najlepsze co mogło mi się przytrafić. Być we wszystkim lepszym od innych. Silniejszym, bardziej sprawnym. Równie dobrze mogę pracować jako kaskader w jakimś niebezpiecznym programie, i to bez zabezpieczenia. Płacili by mi za to grubą kasę, a potem mogę żyć jak król i prowadzić własny program wyczynowy. Bez żadnych zabezpieczeń, bez planowania przyszłości i bez kaskaderów. Sam sobie będę władcą i sam sobie będę robić niebezpieczne szlaki do przejścia. A jeżeli się potknę i prze przypadek wpadnę do wygasłego wulkanu... No cóż, i tak przeżyję. Takie dziecinne zabawy.
Jedyne, czego będzie mi żal, to tego, że chyba nigdy nie wezmę się na odwagę i nie powiem Lucy, że ją kocham. To zadanie było jakoś najtrudniejsze. Była strasznie cicha, zamknięta w sobie. Zupełnie, jakby przeżywała traumę. Cały czas nosi bluzki z długim rękawem z małym dekoltem i jakoś nigdy nie widziałem jej w mini. Nie dość, że jak dla mnie była najbardziej seksi laską w tej zasranej budzie, to jeszcze musiała być taka... Inna. Zupełnie jak ja. Ona tu nie pasowała i ja też. Ale ona nie ma krwi aniołów w swoich żyłach. Nie ma takiej aury. Zawsze umiem rozpozna czy człowiek jest dobry czy zły, no chyba, ze dobrze się maskuje to go nie sprawdzam. Ale od jakiegoś czasu(Bądźmy szczerzy, przecież ja się w nią wpatruję jak w cud Boży odkąd tu przyjechałem.)nie mogę oderwać od niej wzroku.
Akurat teraz stałem na końcu korytarza i gapiłem się na Lucy jak urzeczony. No może jak jakiś frajer. Nie znoszę tego uczucia. Napawa mnie odrazą, ale nie mogłem się powstrzymać.
Poczułem na swoich barkach straszny ciężar, który przygniótł mnie do ziemi. Słyszałem krzyki i ubolewania, ale one nie dochodziły z korytarza pełnego uczniów. One dochodziły z zupełnie innego miejsca. Obraz miałem niewyraźny więc potrząsnąłem głową. Kiedy postacie zrobiły się na tyle wyraźne, żebym mógł rozpoznać ich twarze, myślałem, że zwariowałem. Jakichś dwóch pedałów, dobiera się do... do...
Lucy, leżała przywiązana do łóżka w samej bieliźnie. Z początku myślałem, że ponosi mnie fantazja, ale gdy ktoś przeszedł przeze mnie zorientowałem się, że to wizja. Ten ktoś szedł dumnym krokiem, jakby wygrał na loterii. Postać stanęła u tup łóżka wpatrując się w Lucy. Dwóch chłopaków patrzyło się na niego z lekką zazdrością. Mimo tego, że dotykali ją gdzie tylko mogli to i tak patrzyli się na swego przywódcę z zazdrością.
Ręce mnie już świerzbiły. Miałem ochotę ich pozabijać, ale gdy zamachnąłem się na kolesia odwróconego do mnie tyłem, moja ręka okazała się tylko mgłą. Tylko dymem, który przeleciał przez jego ciało.
Zamrugałem szybko oczami. Odrazy i odgłosy zaczęły się oddalać, ale postać chłopaka nagle spojrzała w moją stronę. Już wiedziałem, że zabiję go, gdy tylko mi się nawinie. Ręce znów zaczęły mi drżeć i poczułem, że są przylepione go głowy a ja sam klęczę skulony na zimnej podłodze w korytarzu a dookoła mnie stoją moi przyjaciele i wpatrują się we mnie ze strachem. Wyprostowałem się powoli, wstałem i otrzepałem się, jakby nigdy nic. Silne dłonie zatrzymały się na moich ramionach powodując, że zatrzymałem się.
-Co zamierzasz Mateuszu?-Zapytał Nicolas.-Co znaczyły twe słowa?
-Puść mnie.-Warknąłem.-Idę zabić tego, który krzywdzi tą, którą kocham.
Nie mam pojęcia czemu to powiedziałem, ale poczułem się jak jakiś rycerz, który miał iść zabić potężnego smoka. Zacisnąłem ręce w pięści-aż mi kostki pobielały-i ruszyłem pędem przez korytarz. Do naszej byłej gwiazdy sportu. Nie mówię o Danielu, tylko o tej ciocie, która w zeszłym roku była wielkim bohaterem ostatnich zawodów prowadząc drużynę do zwycięstwa.
Podszedłem do niego i zamachnąłem się z całej siły. Tym razem pięść trafiła go pros w szczękę z boku, potem dołożyłem mu jeszcze od dołu i popchnąłem na szafki i z wielką szybkością przyszpiliłem go do szafek tak, że nie mógł się ruszyć.
-O...O co ci chodzi kolo?-Zapytał ta niby wielka „gwiazda sportu”.-Co ja ci zrobiłem?
Z jego nosa toczyła się krew, a nos, rósł w zatrważającym tempie.
-Mi nie, ale pewnej dziewczynie i owszem.-Warknąłem na niego. Jego oczy napełniły się strachem, ale nie na mój widok, tylko na słowa.-Sam się domyśliłem. Taka pomoc z góry.-Wyszydziłem mu prosto w twarz.-A teraz giń śmieciu!
Znów się zamachnąłem, ale ktoś powstrzymał cios, łapiąc mnie za rękę. Trzymał mnie Arek, a reszta chłopaków-Nicolas, Kamil, Daniel i Sam-Próbowali mnie oddzielić od, ledwo żywego, ucznia. Zdałem sobie sprawę, że dusiłem go jedną ręką. Tą wolną, którą się nie zamachiwałem. Jedyny sposób, żeby oddzielić mnie od chłopaka był taki, że z wielką siłą zostałem wyrzucony w tył i wbiłem się w szafki po przeciwległej stronie. Nie ruszyłem się z miejsca i pozwoliłem emocją trochę ucichnąć.
-Jeśli ci życie miłe łajzo-zawarczałem-to nie radzę ci na nią patrzeć, ani nawet zbliżać się do niej!!! Zrozumiano?!
Ledwo żywy przeciwnik pokiwał głową i stracił przytomność.
Wstałem, wyprostowałem ubrania i obróciłem się na pięcie w bok. Ruszyłem jak najszybciej, niemal biegłem. Słyszałem, że ktoś mnie woła, jakaś dziewczyna, ale się nie odwróciłem. Zamknąłem oczy i wyszedłem ze szkoły.

~***~

9 grudnia 2011

Rozdział 3

Rozdział3

Jedenasty września, niedziela, aż nie chciało mi się wstawać tak byłam padnięta. Spałam może dwie-trzy godziny. Koszmar. Spać mi się chciało jak nie wiem, a jeszcze mam dzisiaj mecz z Danielem. No po prostu super! Jakby nie mogło być gorzej.
Jeszcze pożałuję tego zdania. Po prostu to czułam.
Spojrzałam na zegarek i niemal nie spadłam z łóżka. Nie dla tego, że stał ktoś w pokoju, tylko dla tego, że było około czwartej! A co do gostka, to serio ktoś stał w pokoju, ale miałam to gdzieś, bo wiedziałam, że nic mi nie zrobi, i że tylko mi się przygląda. Postanowiłam udawać, że go nie widzę, ale za bardzo świeciły się jego o czy. Tak, po prostu jarzyły się czerwienią. Śledziły każdy mój ruch i dodatkowo bez mrugnięcia.
Złapałam poduszkę i rzuciłam w niego. Zaskoczyło go to.
-Spadaj.-Powiedziałam, kładąc głowę na drugą poduszkę.
Nawet nie drgnął. No już! Bez jaj! Co jest z tym kolesiem?
-Powiedziałam coś!-Warknęłam odwracając się do niego.
Koleś patrzył się na mnie ze zdziwieniem. Zupełnie tak jakby myślał, że go nie widzę w tym mroku.
Kiedy tylko potarłam oczy, zobaczyłam jego wyraźne rysy, pełne usta i bladą cerę. Oczy, jak już mówiłam, były czerwone. Niemal jak rubiny! Opierał się o ścianę, a jego czarne, jak węgiel, włosy opadały mu, gdzieniegdzie, na twarz. Całość miała mnie przyciągać, wabić, ale mnie nawet nie ruszał. Mimo, że nie miał koszulki i (pokazywał swoje piękne muły i kaloryfer) krótkie, luźne szorty. Trzymały się jedynie na jego, smukłych, biodrach.
Wstała z łóżka i zaczęłam iść w jego stronę zdenerwowana tym, że nie słucha mojego polecenia. Jak zwykle, miałam na sobie koszulę nocną, sięgającą mi do ud.
Kiedy tylko zobaczył mnie w całej okazałości, zagwizdał. Wkurzyłam się i podeszłam, tym szybkim krokiem, co nie wiem z jaką szybkością się poruszam, do niego i strzeliłam mu z liścia. Zabolało go to. I dobrze niech ma nauczkę... Tyle, że kiedy, tylko moje palce dotknęły jego policzka, buchnęło we mnie zimno, emanujące od tego gostka.
-Ałł.-Potarł dłonią policzek. Jego głos okazał się dźwięczny i kuszący, a oddech słodki i uwodzicielski.-To naprawdę bolało.
Zaśmiałam się drwiąco i pokazałam mu środkowy palec.
-I miało.-Wyszydziłam.
Jeszcze raz ogarnął mnie wzrokiem. Jego wzrok był taki, jakby chciał mnie zjeść.
-Wyluzuj mała.-Powiedział spokojnie kładąc mi ręce na biodrach i wpatrując mi się z intensywnością w moje niebieskie oczy.
Czy on chciał mnie zahipnotyzować? Jeżeli tak, to nie wychodziło mu to najlepiej.
-Czego chcesz?-Spytałam szyderczo, patrząc się na niego jak na idiotę. No jest idiotą, bo zakrada się do mojego pokoju o czwartej nad ranem, nie reaguje na moje polecenia i próbuje zahipnotyzować. Nie no, po prostu DEBIL. Za kogo on się ma?! Zaraz... Ogarnęłam go jeszcze raz wzrokiem. Tak blada skóra i te zimne ręce na mojej talii, oraz te czerwone ślepia. Kurde...
Co WAMPIR robił w moim pokoju?! Nie no ja go chyba zabiję! Mimo tego, że i tak nie żyje.
Położyłam mu dłoń na szyję i zacisnęłam ją kurczowo wbijając paznokcie. Skura była delikatna jak piórko, ale za to twarda jak stal. Ciężko było się przez nią przebić. Dla śmiertelników to nie wykonalne. Strużki jego, niemal czarnej, krwi, spływały mi po palcach i płynęły po jego torsie.
-Czym ty... ? Kim ty... ?-Spytał przestraszony, a może zdziwiony?
Przymrużyłam oczy i zaśmiałam się złowieszczo, zaciskając mu mocniej rękę na szyi.
-Dobrze wiesz.-Odparłam w końcu.-Twoim przeciwieństwem.
Zesztywniał, próbując, bezskutecznie, nawet jak na wampira, się uwolnić.
-Powiesz mi co tu robisz i cię puszczę.-Mój ton nie zmienił się nawet o oktawę i w ciąż był przerażający, mrożący krew w żyłach.
Przestał się majtać. Tak mówiąc szczerze, to zdziwiła mnie swoja siła. Tylko, dlaczego byłam silniejsza akurat od tego nieboszczyka?! To nie miało sensu. Żadnego. Nawet najmniejszego.
-Chciałem... Chciałem... No...-Zaczął się tłumaczyć, aż w końcu wziął głęboki wdech.-Nudzi mi się i chciałem się zabawić...
-I wybrałeś sobie akurat mój pokój?! -Pokręciłam głową.-To będzie z tobą źle.
-A co ty mi możesz zrobić, prócz tego, że trzymasz mnie w żelaznym uścisku?!-Zadrwił.-Nawet nie przeszłaś jeszcze kursu. Pokonałbym cię, i nadal mogę to zrobić, ale mnie zaskoczyłaś. Ty i te twoje Nefilimskie sztuczki.-Prychnął.-Nawet nie wiesz co masz robić.
Ta kropla, przeważyła szalę. Jeszcze trochę i zacisnę dłoń w pięść.
-To, że nie mam czosnku, wody święconej, czy czego wy tam się boicie, nie znaczy jednak, że nie potrafię się obronić!-Warknęłam.-A jakbyś jeszcze nie zauważył, to ja mam nad tobą władzę. Jeden fałszywy ruch i po tobie.
Przełknął ślinę i przeniósł powoli ręce z mojej tali w górę i zatrzymując je na moich piersiach.
Wolną ręką strzeliłam mu liścia w drugi policzek. Znowu się skrzywił, ale nie ruszył rąk nawet o milimetr. Jaka świnia!!! Strzepnęłam jego dłonie, z trudem, ale jednak.
Znowu zaczął czarować mnie wzrokiem. Kurcze! Co miało mi to zrobić?! Zahipnotyzować, żebym robiła mu za striptizerkę?! Czy może jako dostawa świeżej krwi?! Przewróciłam oczami z irytacji.
Jego wyraz twarzy zmienił się z pewnego siebie na zdziwiony.
-Ale jak ty... ?-Zapytał po chwili.
-Zaskoczę cię jeszcze nie raz.-Z mojego gardła wydobył się lodowaty śmiech i niemal, w tym samym czasie, wyciągnęłam pazury z jego szyi i otarłam dłoń o jego pierś, żeby pozbyć się, w większości, jego krwi. Odepchnęłam go brutalnie na ścianę i odwróciłam się na pięcie i poszłam w stronę łóżka.
-A ty!-Wskazałam na niego palcem.-WON!-Wrzasnęłam, nie przejmując się czy ktoś w tym domu się obudzi, czy nie.
Wziął wdech i już go nie było. I dobrze. W końcu spokój. Oczywiście mogli jeszcze wszyscy wparować do mojego pokoju, z pytaniem „Co się stało” albo „O co chodzi?”.
Właśnie... Dlaczego ja obudziłam się w łóżku?! Przecież leżałam na parapecie...
Sprawdziłam szybko, przesuwając dłonią po całym ciele, czy nie mam jakichś śladów po ugryzieniu czy coś. Odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, że nic nie mam. Może Daniel pomógłby mi jeszcze sprawdzić czy to prawda... A właściwie to przecież bym to czuła! A jeżeli nie przedtem to teraz!
Rzuciłam się w pościel i przytuliłam misia, którego dostałam na szóste urodziny.
Prze tego bencwała, nie mogłam przestać wpatrywać się w sufit i nie zmrużyć choćby powieki. Przy następnej sposobności go wypatroszę i nadzieję na pal a następnie podpale i nikt, ani nic, mnie przed tym nie powstrzyma. No może sama Ja. Poza tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że spotkam go jutro w szkole. Nawet nie chciałam o tym myśleć, więc zaczęłam kombinować jakby można było okiwać Daniela.

~***~

Kiedy tylko słońce wyjrzało zza horyzontu, wstałam i poszłam do łazienki. Miałam kaprys dzisiaj na dwie kitki, więc zrobiłam je sobie, zawiązując czerwonymi kokardkami. Nawet nie robiłam sonie makijażu, tylko pomalowałam paznokcie na czerwono. Z szafy wyciągnęłam czerwoną mini i białą bluzkę z wielką, czerwoną truskawką na niej. Nawet udało mi się znaleźć jakieś skarpetki pod kolor.
Do wyboru miałam albo baleriny o czerwonym kolorze i jakieś trampki. Chciałam wziąć baletki, ale skoro dzisiaj idziemy na kosza z Danielem...
W końcu zdecydowałam się na trampki i zeszłam na dół (jak zwykle tak, że nikt mnie nie słyszał). Po zjedzeniu, wyjątkowo dobrego, śniadania postanowiłam obejrzeć telewizję. Chciałam zapomnieć o wszystkim co stało się dzisiaj nad ranem (telewizja odmużdża). O tej porze, leciały tylko jakaś telesprzedaż i naciągacze kasy. Zero filmów, więc postanowiłam obejrzeć sobie bajki. Akurat leciała „Różowa Pantera”. Moja ulubiona bajka, a w dodatku leciały te stare odcinki. To po prostu miodzio! Przy nich mogłam się oderwać od rzeczywistości i zamknąć się w świecie kreskówek.
Co jakiś czas musiałam się zmuszać, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo po „Różowej Panterze” leciał „Miś Yogi”. On i te jego głupie pomysły...
Siedziałam tak chyba godzinę, ale w końcu mi się znudziły (nic już fajnego nie leciało, same bajki dla maluchów) i postanowiłam iść się przejść. Zostawiłam karteczkę na lodówce i wyszłam, zarzucając po drodze na siebie białą bluzę.
Powietrze było ciepłe i wilgotne, a na niebie nie było najmniejszej chmurki. Ptaki latały i świergoliły wesoło. Leciutki wietrzyk zawiewał liście spod drzew a jednocześnie zrywając kolejne.
Całe osiedle, chyba, jeszcze spało, bo nikt nawet nie wyszedł na podwórku. No, ale kto by chciał wychodzić z domu o siódmej z domu? I to w niedzielę? Szłam tak wolno ulicą, że nawet ślimak szedłby szybciej, gdyby chciał.
Uśmiechnęłam się do siebie i, o jakiś jeden kilometr na godzinę, przyspieszyła. Przed oczami zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Najpierw widziałam jakieś czarne plamki, ale potem ta czerń zaczęła mnie zalewać, aż nie widziałam już nic. Kolana się pode mną ugięły i bezwładnie upadłam na ziemię. Z początku czułam potworny ból w kolanach, łokciach, a nawet plecach. Nie wiedziałam nawet czy mam otwarte, czy zamknięte oczy. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, poczułam delikatną trawę. Dokładnie taką, jak ta, która niedawno temu wyrosła, ale była bujna. W powietrzu unosił się zapach ziół i lasu. Wyostrzyłam swoje zmysły i usłyszałam płynący strumyk, a ptaki śpiewały do jej uspokajającego rytmu. Chłonęłam tę chwilę, jak gąbka wodę.
-Otwórz oczy kochanie...-Powiedział czyjś spokojny i melodyjny głos. Zaraz... Ten głos! Nie słyszałam go od... Od urodzenia! Nie... Jak?
Nie mogłam się skupić. Nie wiedziałam co mam myśleć... Co robić... Postanowiłam w końcu, że usiądę. Niepewnie otworzyłam oczy. Obraz mi trochę wirował więc potarłam je rękoma, a gdy tylko zdjęłam dłonie z powiek, ponownie je przetarłam, nie wierząc w to co wodzę.
Przede mną stał, tak dobrze mi znany, wysoki mężczyzna o jasnobrązowych włosach, tak bardzo podobnych do moich. Oczy jak płynąca, przeźroczysta, rzeczka, która łapie każdy promień słońca, powodując, że tęczówki, z płynącej wody, zmieniały się w drogocenne brylanty. Uśmiech od ucha do ucha.
-Tata... ?-Spytałam niepewnie.
Ukucnął przede mną i wyciągną do mnie ręce.
Z zadowoleniem stwierdziłam, że wyglądam jak pięciolatka, w śnieżno białej sukience z wykończeniami delikatnego fioletu. Była po prostu cudowna. Taka delikatna a przy tym miła w dotyku.
Stanęłam na nogi i, chwiejnym krokiem, zaczęłam iść, a właściwie biec, w jego stronę. Rzuciłam się w jego objęcia, a łzy spływały mi po policzkach i wsiąkały w jego białą koszulę, a może szatę. Nie przyglądałam się uważnie jak jest ubrany. Właściwie to w ogóle nie patrzyłam na jego strój, bardziej obchodziła mnie jego osobowość, to że tu jest i mnie przytula.
-Cichutko skarbie. Wszystko w porządku.-Gładził mnie po plecach tak delikatnie... Że od razu robiło mi się lepiej.
-Ale jak? Dlaczego ty... ?-wyszeptałam, choć nie wiedziałam jakie pytanie zadać.
Obrócił głowę i pocałował mnie w skroń. W jego ramionach czułam się taka bezpieczna, a z jego pleców wyrastały potężne, śnieżnobiałe skrzydła. Anioły... Są takie piękne, choć do większości żywię urazę.
-Przyszedłem tu, ponieważ dopiero teraz mogłem się z tobą zobaczyć.-Mówił spokojnym i opanowanym tonem.-Ale zastanawia mnie jedno. Dlaczego mnie rozpoznałaś? Przecież ty...
Nie musiał dokańczać, też nie lubiłam o tym mówić. Od kiedy mi ciebie zabrano... Czyli w roli ścisłości ponad 15 lat temu i od tamtego czasu żadnej z nimi styczności. Z prawdziwymi rodzicami. Tak mi ich brakowało...
-Tak, tak... Wbrew pozorom, pamiętam dokładnie każdą chwilę, od narodzin do teraz. -Łzy nie chciały przestać płynąć mi po policzkach. Głos mi drżał.-Tato...-Położyłam mu swoje malutkie dłonie na twarzy. Uśmiechnął się, ale był to strasznie zaraźliwy uśmiech, aż moje usta się wykrzywiły w szczery uśmiech.-Powiedz, jakim cudem jestem znowu pięciolatką?-Chciałam zmienić temat.
Wzmocnił uścisk, a następnie wstał i przyłożył do mojego czoła swoje. Zaśmialiśmy się jednocześnie. Tak bardzo byłam do niego podobna. Jedyne co mnie od niego odróżniało to fakt, że byłam dziewczyną, a on mężczyzną, no i miałam bardziej delikatne rysy, pełne usta i długie włosy. Tak jak pięcio i piętnastolatka byliśmy swoimi odbiciami. No, ale miałam szczuplejsze biodra i w ogóle.
-To ty nie wiesz, że możesz zmieniać postać?-Zdziwił się.-A poza tym, chciałaś być znowu małą dziewczynką.-Znów się zaśmiał i ponownie pocałował w czoło.
-Wim, że mogę się teleportować, szybko biegać, mieć, niemal, nadludzką siłę, zwinność, o którą nawet akrobaci mogą być zazdrośni i... no nie wiem.
-Latać, szubko się regenerować, ale nie nagle.
Spojrzałam się na niego dziwnie. Jak na idiotę, albo kogoś kto powiedział mi właśnie, że spadnie śnieg w środku lata i to w najcieplejszy dzień w roku.
-Ty możesz, ale najpierw musisz się nauczyć rozkładać skrzydła. Do tego będzie ci potrzebna szkoła dla Nefilim, w której będziesz miała po lekcjach osobne zajęcia...-Zaczął wykład ale go nie skończył.
Znów się we mnie wpatrywał, jakby nie mógł się napatrzeć. Wyszczerzył się do mnie i pogłaskał mnie po głowie.
Łzy cały czas spływały po policzkach. Chciałam, żeby czas się zatrzymał i mogła wiecznie go przytulać, żeby nadrobić te wszystkie stracone lata...
-Chciałem cię tylko zobaczyć...-Odezwał się, po dłuższej chwili, tata.-W końcu, niedługo są twoje szesnaste urodziny...
-Ale mam nadzieję, że wtedy zabierzesz mnie gdzieś na cały dzień! Tylko o to proszę.
Zaśmiał się cicho i świat znów zaczął wirować.
-Nie!!!-Krzyknęłam, ale to i tak nic nie zmieniło.
Pod sobą, poczułam jakąś podłogę z drewna. Zupełnie taką, jaka jest na placach zabaw. Tylko, na którym ja byłam?!
Schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam szlochać. Nic nie czułam, nawet chłodu, lub nawet ciepła. Ptaki już tak żywo nie śpiewały. Wszystko się tak nagle zmieniło. To czyste powietrze i ten zapach lasu, i tego zapachu świeżo skoszonej trawy... Ucichł szum płynącego strumyka, a jego miejsce, zajął gwar bawiących się dzieci. One były szczęśliwe, ale czemu ja teraz nie mogłam? Czemu to sprawiło mi tyle bólu? Cieszyłam się, że zobaczyłam tatę, ale dlaczego znów czułam się samotna? Opuszczona? No może nie tak tragicznie, ale jednak zawsze coś się tam czuło.
-Nic ci nie jest?-Spytał cieniutki,dziecinny, głosik dziewczynki.
Spojrzałam na nią. Była przestraszona, ale chciała mi pomóc. Jej oczy były brązowe, jak kora drzewa i widziałam w nich swoje odbicie. Byłam wciąż tą kilkuletnią dziewczyną. Ale jak?! Myślałam, że to była tylko jakaś wizja czy coś... Ale jak?!
Gdyby stanęła koło niej byłabym od niej wyższa. Przynajmniej o pół głowy. Szczuplutka sylwetka, na którą założona była cieniutka, niebieska sukienka. Niebieskie sandały i niebieskie kokardki wpięte w ciemno brązowe włosy.
Pokręciłam przecząco głową i z powrotem schowałam twarz w dłoniach.
Jakby to miało coś pomóc?! Krzyknęłam na siebie w duchu.
-Daniel!-Nigdy bm nie pomyślała, że ta małą dziewczynka może krzyknąć akurat to imię. Ale to nie musiał być akurat mój Daniel. Czyż nie jest pełno Danieli?! Jest duże prawdopodobieństwo, że to kto inny. A poza tym, on, nie mówił nić o tym, że będzie musiał pilnować kuzynki. Czy kto to tam dla niego była.
Poczułam, na swoich policzkach ten znajomy dotyk dłoni.
-Pokaż, czy nic innego ci się nie stało.-Podniósł mój podbródek tak, żebym musiała na niego spojrzeć.
Odskoczył jak oparzony. Jego źrenice zrobiły się mniejsze i wpatrywały się we mnie w osłupieniu.
-Angela...-Wyjąkał.-Ale jak ty... ? Ale co...?
Uśmiechnęłam się do niego lekko i zacisnęłam powieki, skupiając się na powrocie do swojego teraźniejszego ciała nastolatki. Nie wiedziałam kompletnie, co mam takiego robić! Próbowałam oddychać miarowo i spokojnie. Skupić się na jednej rzeczy, gdy z tego otępienia wyrwał mnie, znowu, ten cieniutki głosik.
-Ale fajna stucka!
Otworzyłam nagle oczy i wpatrzyłam się w Daniela. Ze zdezorientowania i zaskoczenia, jego mina zmieniła się na zamyśloną i pełną zdumienia.
Moja twarz nadal spoczywała w jego ciepłych dłoniach.
Wziął wdech i powiedział, w miarę pewnym głosem.
-Co ci się stało?
Jego wzrok przenosił się z moich łokci na kolana i z powrotem.
-Nic...-Spojrzałam się tak gdzie on i przeżyłam szok! Miałam zdarte kolana i łokcie! Krew zastygałam na łydkach i rękach, a po ranach nie było prawie śladu! Cieniutkie wgłębienia i tyle. Strupy nie zdążyłyby się nawet zrobić, bo ran prawie w ogóle nie było! Dziwne. Nawet nie wiem kiedy ostatni raz się skaleczyłam. Może jak byłam malutka...-A z kąt to się wzięło?!-Spytałam bardziej siebie niż Daniela.
-A nie o to chodzi?-Zdziwił się.
Pokręciłam przecząco głową z dezaprobatą kładąc mu niepewnie ręce na ramiona. Daniel, jakby wyczuł, i przysunął się do mnie tak, żebym mogła się w niego wtulić. Zrobiłam to z ulgą i nierozpartą radością. Przy nim mogłam zapomnieć o bożym świecie. O wszystkim i tylko o nim można było myśleć, ale nie tym razem. Tym razem nie mogłam zapomnieć o tym, co przed chwilą się stało. Ani o kim, kogo przed chwilą widziałam.
-Powiedz, co się stało?-Wyszeptał mi we włosy.
-Nie teraz. Proszę.-Odparłam równie cicho jak on.
Tuliliśmy się jeszcze prze chwilę, aż Daniel zaproponował, że, jak chcę, to wytrę tą zaschniętą krew z kończyn. Ja tam jedynie pokiwałam głową, ale tupot, na za naszymi plecami, sprawił, że spojrzeliśmy w tamtym kierunku.
-Co jest siostrzyczko?-Spytał Daniel.
Co?! Ta mała to jego siostra?! Ale...?! Jak?! Przecież oni nie są, prawie, w ogóle do siebie podobni! To nie miało najmniejszego sensu!!
-Ona jest zazdrosna.-Wytłumaczyłam.-Ona chce, żebyś był jej na wyłączność. Zupełnie jak z moim bratem. On chce, żebym była tylko jego i że nikt inny nie ma prawa się do mnie zbliżyć.
Zaśmialiśmy się. Nie wiem czy to miało jakiś sens, ale może jednak.
-Emma, idź się pobawić, bo zaraz i tak musimy iść do domu.-Uśmiechnął się do niej, a ona niechętnie podreptała w stronę bujawek.
Przeszliśmy, z Danielem, do ławki, koło której, stał wózek. Mój opiekun, wyciągnął chusteczki nawilżające, te dla dzieci, i podał mi je, a ja wzięłam się za wycieranie zaschniętej krwi.

~***~

Szliśmy już z powrotem z parku, w którym znajdował się plac zabaw, na którym byliśmy. Byliśmy na Nevton Street, kiedy zatrzymaliśmy się przed białym domem. Ogródek skalny, u szczytu którego, płynęła woda wprost do małego oczka wodnego, u jego stup. Małe krzaczki, rosły wzdłuż kamiennej ścieżki i kilka mniejszych drzewek, przypominające wierzby, al takie bardziej pokręcone. Dookoła nich rosły, niebieskie i różowe, niezapominajki. Trawa błyszczała się, była soczyście zielona i gęsta. Biały dom, tak jak i płot, pasował do otoczenia i, obydwa elementy, były obrośnięte bluszczem. Nie było widać tyłu ogródka, ale można go było sobie wyobrazić. Drewniana huśtawka pod płotem, osłaniana przez żywopłot.
Daniel, otworzył furtkę, przed którą staliśmy, i przeprowadził przez nią wózek, a następnie pokazał mi ręką, że zaprasza mnie do wejścia. Zrobiłam niepewnie krok do przodu, a potem następny i jeszcze jeden... Te kroki były takie, jakbym próbowała iść w jeziorze, które sięga mi do kolan. Spowolnione tempo. Mój opiekun, zdążył już odpiąć małą Emmę, która, żywo i z entuzjazmem, pobiegła do domu.
Daniel, pochwycił moją dłoń i stanęłam-trochę pewniej-u jego boku. Czułam jak serce mi wali, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Może bałam się spotkania z jego rodzicami... ? Tego co powiedzą, gdy mnie ujrzą... ? To były tylko pytania, ale czy uzyskam na nie odpowiedź? Jeżeli tam nie wejdę to się nie przekonam.
Poszliśmy, razem z moim ukochanym, do drzwi jego domu. Zostawił wózek w przedpokoju, razem z butami.
-MAMO!-Krzyczała Emma. Niemal zawału dostałam.-Mamo!
Smukła kobieta o, farbowanym, jasnobrązowych włosach, zeszła na dół po schodach. Próbowałam porównać ją do Daniela,a właściwie na odwrót. Jedyne, co zdawało się być podobne, to usta i, trochę, rysy twarzy.
-Mamo, mamo.-Trajkotała Emma. Ledwo można było odróżnić, od siebie, słowa.-Wiesz, jaką Angela umie fajną sztuczkę?!-Nie czekała na odpowiedź tylko mówiła dalej.-Najpierw była taka, jak ja, a potem taka duża jak teraz!
Podrapałam się po tyle głowy, ze zdezorientowania. Nie wiedziałam co mam zrobić! Co powiedzieć. Czemu dzieci od razu muszą o wszystkim mówić?!
Daniel, objął mnie ramieniem i poprowadził do przedpokoju, gdzie znajdowali się, już, jego rodzice. Nie był-prawie-podobny do żadnego z nich, no może do swojej mamy. Ale to tylko te rysy itp. Jego ojciec, miał brązowe oczy- dokładnie takie same jak ma Emma- tyle, że czarne włosy. Mogłam jedynie przypuszczać, że jego mama miała te ciemnobrązowe włosy,ale i tak nie mogłam go połączyć, jakoś, z tym facetem. Zero podobieństwa. Nic.
Kiedy tylko Emma, wypowiedziała się, na temat tego, co stało się na placu zabaw, jej rodzice, od razu, spojrzeli na mnie. Ich mama, w przeciwieństwie do ojca, który by pewnie by prychnął z rozbawienia, była spokojna i wyglądała na kogoś, kto wierzy w to co mówi mała dziewczynka. Dziwne. Który rodzic, wierzyłby w bajeczki-małej dziewczynki - wyssane z palca. To spojrzenie, bynajmniej, nie miało sensu. Żadnego. Nawet ja bym w coś takiego nie uwierzyła.
Jej wzrok przesunął się w górę, ze mnie na Daniela, i spojrzała na niego, porozumiewawczo uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
-Mam na imię Angela...-Zaczęłam trochę niepewnie, wyciągając przed siebie rękę i idąc w stronę uśmiechniętej pani.
Uścisnęła moją rękę, a, tym samym, uśmiechem obdarzyła i mnie.
-A ja, mam na imię Maryce i jestem matką tej pary aniołków.
Czułam jak Daniel przewraca, z ironią, oczami i cichutkim westchnieniem. Niemal niesłyszalnym. W ogóle, wszystko co robił, było niemal niesłyszalne, aż nudne jest się powtarzać.
-To ty jesteś tą Angelą, o której Daniel cały czas mówi...-Zaśmiał się mężczyzna stojący koło Maryce.-Mam na imię Craig.
Wyciągnął rękę w moją stronę i uścisnęliśmy sobie dłonie.
Daniel, już się zniecierpliwił i pociągnął mnie, delikatnie, w stronę schodów,a stamtąd do jednego, z kilku, pokoi.
Pokój, wydawałby się ogromny, gdyby tona zabawek go nie zagracała. Zajmowały ponad połowę powierzchni pokoju. Jedyne, co było uwolnione od zabawek, była podłoga koło łóżka i biurka. Po prawej stronie, w rogu, stał kojec-taki dla małych dzieci-a koło niego stała szafa z ubraniami. Naprzeciwko dwa duże okna. W drugim końcu pokoju-na środku pod ścianą-stało łóżko, a w rogu, biurko. Tek jak mówiłam wcześniej, nie było zawalone zabawkami. W pokoju, była wyłożona niebieska wykładzina, a ściany, miały podobny kolor.
-Sorki za ten bałagan...-Daniel, podrapał się w tył głowy.-...siostra nie opuszcza mnie prawie na krok.
Odwróciłam się do niego i położyłam mu dłonie w pasie. Zrobił to samo i przysunął się bliżej. Teraz poczułam jego zapach, mydła i perfum. Ten aromat tak ze sobą współgrał, że niemal odurzał. Przygryzłam wargę, żeby nie zrobić nic głupiego, i oparłam czoło o jego klatę. O Matko! Jaki on był ciepły i delikatny. Bycie w jego objęciach to jak przytulanie się do wielkiego-mającego swoje kształty-pluszowego misia!
-Co się stało?-Spytał tak cichutko... tak czule... z taką troską...
Oooh!!! Ja zaraz oszaleję!!! Tyle myśli... On... Nie. Ja stąd idę. Co mam mu powiedzieć?! Prawdę? A może skłamać... A co mi tam. Może mi uwierzyć, a raczej, to zrobi. No bo w końcu jest Nefilim. Chyba, że o tym nie wie-co jest mało prawdopodobne.
Podniósł delikatnie mój podbródek tak, żebym spojrzała mu prosto w oczy. Uciekałam jednak wzrokiem od jego zatroskanego spojrzenia.
-Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć.-Przysunął swoją twarz bliżej mojej tak, że już nie miałam jak jej unikać.-Co się dzieje?
Jego usta musnęły moje czoło, aż zaczynało mi się robić gorąco.
-Tak... Tylko...-Jąkałam się. Nie wiedziałam jak to sformułować.-Ja... To wszystko... To... zdarzenie, które... z d a r z y ł o się... k i e d y ś … W przyszłości... Ja... Nie wiem.
Pogłaskał mnie po głowie i przycisnął swoje wargo do mojego czoła.
-To może, wytłumacz mi chociaż: Jak? Jak ci się udało zmienić postać?
Wzięłam pełen wdech.
-Noo... Musiałabym ci opowiadać wszystko od początku... A trochę tego jest. I...
Położył mi delikatnie palec na usta, a następnie, przytulił mnie mocniej do siebie.
Tylu myśli naraz nie miałam chyba nigdy. Krążyły dookoła mnie jak zmazy. Całe były rozmazane, ale bolesne, aż na sam ich widok czułam strach.
Zanurzył twarz w moich włosach.
-Spokojnie, ja mam czas, wszystko zrozumiem.-Szeptał.-A przynajmniej postaram się zrozumieć.
Wyplątałam się z jego objęć i, niechętnie, odwróciłam się do niego plecami. Jedną dłoń przycisnęłam do twarzy, żeby się na rozpłakać.
-Może zróbmy tak.-Położył mi rękę na ramieniu.-Ty opowiesz mi swoją historię, a ja ci opowiem swoją.
Otworzyłam ze zdziwienia oczy i spojrzałam na niego. Też się skrzywił. Czyli miał coś na sumieniu? Albo też coś złego, ale na pewno nie tak jak moje. No może.
Wzięłam głęboki wdech i wyszeptałam:
-Dobrze

~***~

No, a więc... To wszystko zdarzyło się, gdy byłam jeszcze mała. Nie miałam nawet roczku... Miałam swoją niańkę. To był mój taki „Anioł Stróż”. Co prawda był aniołem... No... i pewnego dnia, rodzice, musieli wyjechać. Nie na długo. Dosyć często gdzieś wyjeżdżali, ale na kilka godzin. Tego dnia też. „Stróż” został ze mną, jak zwykle. Zawsze był dla mnie miły, uśmiechnięty. Lecz, kiedy tylko rodzice zniknęli, on zaczął się zmieniać. To było potworne.-Pisnęłam na samo wspomnienie o tym.-Zamiast jego pięknych, śnieżnobiałych, skrzydeł, wyrosły jakieś płonące z zakończeniami kolców. Jego twarz poszarzała i zaczęła pękać, a z pęknięć wybuchły płomienie. Anielska szata na nim spłonęła, zostawiając tylko brudno-czarną przepaskę. Palce, zmieniły się w szpony. Wszystko zaczęło wirować a on rósł. Ciało miało pełno blizn i było przeraźliwie szare. A kiedy spojrzałam w jego oczy, aż łzy mi popłynęły, stały się czarne jak węgiel, a nawet i ciemniejsze. Promieniowało od nich zimno i żądza mordu.
Stałam w łóżeczku i patrzyłam na niego. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Cokolwiek bym nie zrobiła, on i tak by mnie znalazł. Krzyczałam ze strachu, a on i tak rósł, rósł, rósł... Kiedy przybrał wielkość mojego domu, wskazał na mnie palcem. Ciemność dodawała mu charyzmy. Kręciło mi się w głowie od krzyku i tego wiru powietrznego, co utworzył się wokół niego. Zacisnęłam powieki i poczułam pod swoimi stopami coś twardego. Zupełnie, jakby, drogę. Było cicho, więc otworzyłam, niepewnie oczy. Znajdowałam się na środku drogi-skrzyżowaniu. W końcu mogłam złapać oddech, a nóżki się pode mną ugięły. Myślałam, że już po wszystkim, ale się myliłam.
Wiatr zaczął wiać,a wszędzie było pusto. Zaczął wzrastać na sile i przede mną znów ukazała się ta przerażająca karykatura. Zaśmiała się tak chłodno i władczo. Wyśmiewała się zemnie. Już myślałam, że mnie pochwyci, kiedy prze teleportowały się anioły. Ich biała poświata zupełnie nie pasowała do tej okoliczności. Zaczęli rozmawiać, a właściwie szydzić, z demona. Nie rozumiałam co oni mówią. Chyba rozmawiali po łacinie, lub w jakim starodawnym języku. Wyciągnęli przeciw niemu miecze. Przy rozmiarze tego diabła, wydawały się być wykałaczkami.
Chwilę później teleportowały się kolejne postacie. Nie miały tej samej poświaty co anioły. Właściwie, w ogóle nie świeciły, ale jedyne co ich łączyło z aniołami to miecze. Tylko, że te szable miały czerwono-rubinowe wykończenia. Można powiedzieć, że utworzyła się z nich armia. Cała armia przeciw jednemu gigantycznemu monstrum, które znów zaczęło rosnąć. Wybuch gorącego wiatru oderwał mnie od ziemi i rzucił na drugi koniec ulicy. Reszty to nawet nie ruszyło, no może trochę w tył.
Zauważyłam jak z szeregu odwraca się do mnie postać. Na twarzy mojego taty pojawiło się przerażenie. Już wybiegał z szeregu, kiedy ktoś pochwycił mnie od tyłu i znów się gdzieś przeniosłam, a właściwie to ta postać to zrobiła.
Znaleźliśmy się na tej ulicy. Wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Bardziej młodo. Stanął prze jakimś domem. Tym samym, w którym mieszkam. Odwrócił mnie tak, żeby zobaczyć moją twarz. Nie za bardzo pamiętam jak wyglądał, ale wiem, że jeżeli go spotkam to go rozpoznam. Machnął mi ręką przed oczami i zapanowała ciemność. Ocknęłam się w czyiś ramionach. Nie czułam tego samego otaczającego mnie ciepła. To była już inna osoba. Inne zatroskane ręce mnie trzymały. Serce tej osoby waliło jak oszalałe. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam Lenę, a obok niej stał Mikel. Cali zatroskani.
Przygarnęli mnie. Przez kilka miesięcy, prawi w ogóle nie jadłam. Leżałam cicho, skulona w łóżeczku. Próbowali mnie rozśmieszać zabawiać, ale ja za bardzo myślałam o rodzicach. Czy oni jeszcze żyją.
Kiedy, pewnego dnia, przyśnił mi się tata powiedział wtedy, że nie mam się bać i że na pewno mnie odnajdzie. Od tamtej pory wszystko się zmieniło . Mój świat nabrał barw. Państwo Grim, ucieszyli się, że zaczęłam się uśmiechać, bawić z nimi i w ogóle. Poświęcali mi każdą wolną chwilę. Nawet, kiedy przychodzili do nich goście, byłam ich oczkiem w głowie. Zapisali mnie do przedszkola, a później zaczęła się szkoła. Prawie zapomniałam już o swoich rodzicach. No może nie płakałam na ich wspomnienie. Teraz to państwo Grim byli moimi rodzicami. Tymczasowo, ale zawsze. Nie próbowali nauczyć mnie, żebym mówiła do mich „mama, tata”. Wszystko było dobrze do trzeciej klasy. Wtedy wszyscy się ode mnie odwrócili. Bali się mnie. Jedynie zastała, u mojego boku, Liz. Nie grałam od tamtej pory na wf-ie. Z czasem się wszystko unormowało i znów cieszyłam się przyjaciółmi. A teraz to.
Kiedy szłam dziś rano na spacer-a było dość wcześnie- zaczęło mi się robić ciemno przed oczami i upadłam na żwir. Pamiętam jeszcze, że obudziłam się na spokojnej polanie, na której, ukazał mi się tata. To był dla mnie szok. I, nie wiem jak ja to zrobiłam, zmieniłam się w tą małą dziewczynkę. Dowiedziałam się od niego, że jeszcze nie jedno potrafię, ale o taj mocy nie wiedziałam. Rozmawialiśmy trochę, aż nagle zniknął. Cała zielona kraina przepadła. Wszystko zaczęło się kręcić, aż, zamiast trawy, poczułam deski. Nie wiedziałam gdzie jestem do puki twoja siostra się do mnie nie odezwała. To wtedy otworzyłam oczy i ujrzałam plac zabaw. A to, że akurat ty tu byłeś, to było dla mnie szczęście. Nawet nie wiesz jakie. I to, że mnie rozpoznałeś. Nie mam pojęcia co bym zrobiła, gdyby cię tam nie było. Pewnie siedziałabym tam nadal i płakała, aż w końcu ktoś by do mnie podszedł, tak jak twoja siostra, i pewnie bym uciekła.
To jest cała moja historia w dużym skrócie.

~***~

-To jest naprawdę straszne.-Odpowiedział po chwili Daniel.
Siedzieliśmy na jego łóżku. Przytulał mnie mocno do siebie, bo płakałam i nie mogłam tego powstrzymać. Cała się trzęsłam. Po raz pierwszy opowiedziałam komuś historie mojego życia. Wiem, że pewnie jak tak opowiadać, to może nie wydawać się straszne, ale dla takiego małego dziecka, jakim ja byłam, to było przerażające. I rozdzielenie cię z twoimi rodzicami. Taki maluch, nie powinien tego pamiętać, ale jedną z naszych umiejętności takich dziwaków jak ja, było to, że pamiętamy wszystko. No może prawie. Ale od pierwszych chwil zapamiętuje się niemal wszystko, dlatego też zaczynamy mówić o wiele szybciej od swoich ludzkich rówieśników.
Pociągnęłam kilka razy nosem i wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się choć trochę uspokoić.
-To... Teraz...-Kolejny głęboki wdech.-Twoja kolej...
-Dobrze, tylko się najpierw uspokój.
Wsłuchiwałam się w bicie jego serca. Tak naprawdę, tylko ten dźwięk mnie, najskuteczniej, uspokajał. Po minucie, już było OK, ale nadal się w niego wtulałam.
-No dobrze...-Zaczął swą opowieść.- To... Kiedy miałem pięć lat słyszałem, jak mój tata mówił Maryce, że musi odejść. Cały czas powtarza, że chce zostać, ale nie może. Mama go błagała, żeby nie odchodził. Ale inaczej nie mógł postąpić. Mówił coś o jakiejś wojnie, która wymyka im się spod kontroli i, że nie wie, ile ona jeszcze potrwa. Kilka, lub, nawet, kilkadziesiąt lat. Pożegnał się ze mną w jakiś sposób. Poświęcając mi jeden i ostatni dzień. A kiedy usnąłem, odszedł. Mama była zrozpaczona. Cały czas płakała. Nie mogła się pozbierać po stracie. Gdyby nie to, że jej rodzice mieszkali niedaleko, to nie wiem, czy przeżyła by tydzień. Nie chodziła nawet do łazienki. Po kilku dniach odwodnienia zabrali ja do szpitala. Dopiero tam doszła do siebie.
Kiedy wyszła, nie mogłem nawet koło niej przejść, żeby mnie nie wzięła w objęcia. Musiałem ją omijać szerokim łukiem, ale czasem się nie dało. Po 2-3 latach jej przeszło. Kiedy miałem dziesięć, lat poznała Craiga. Wyciągnął ją z dołka. Po dwóch latach udało mu się jej oświadczyć.
-Co to znaczy: „Udało”?
-Ona odrzucała zaręczyny za każdym razem. Po dwudziestym razie, uległa. Craig się nie zniechęcał. Za bardzo jest w niej zakochany. Wzięli ślub i, mnie więcej, rok później, urodziła się Emma. Może i jest młodsza i jeszcze dużo rzeczy nie rozumie, to i tak jestem oczkiem w głowie Maryce dlatego tak zajmuję się siostrą.
Maja historia, nie umywa się do twojej. W ogóle.
Przeszło mi drżenie rąk, ale pojawiło się coś innego. Pragnienie. To było dziwne, ale zaryzykowałam.
Odwróciłam się do niego tak, żeby zobaczy jego twarz i, nie zastanawiając się dłużej, pocałowałam go, odwracając się całym ciałem w tą samom stronę, co głowa. Położyłam dłonie na jego klatę, a następnie zacisnęłam pięści, w których, znalazł się materiał jego bluzki, i przyciągnęłam do siebie. Położył mi ręce na talii i przycisnął mnie bliżej zsuwając się na plecy. Dłonie, położyłam na twarzy Daniela i przycisnęłam mocniej do siebie. Ta mocno go ściskałam, jakbym miała nadzieję, że połączymy się, jak plastelina.
U mnie, jako pierwsze, wystrzeliły emocje. Coś innego sterowało moim ciałem, cała namiętność, jaka się we mnie zbierała przez te dni. Przy innych chłopakach te uczucia się kumulowały, ale nie dały się ze mnie wycisnąć tak, żeby obdarzyć mego wielbiciela. Daniel, też nie zdawał się zauważać świata-przynajmniej teraz. Czułam jak dłonie, wodzą po moim ciele. W górę i w dół. Czułam jak dookoła, otacza nas pustka. Byliśmy tylko my i nikt poza tym. Czas się zatrzymał a my mieliśmy całą wieczność tylko dla siebie. Prawie zapominaliśmy o oddechu. Braliśmy go tylko, gdy już nie mogliśmy wytrzymać. Już miały postąpić kolejne kroki. Ubrania miały paść na podłogę, a my mieliśmy być splątani ze sobą pod kołdrą, ale jednak, nie byliśmy sami. I to był błąd, nasz błąd.
Kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, aż podskoczyłam. Cisza otaczała nas z wszech stron, aż tu nagle: Dźwięk. Tak nagły i niespodziewany, ale głos, który odezwał się później, był spokojny i lekko rozbawiony.
-Może tak, zeszlibyście na dół... Na obiad...-Rozbrzmiał łagodny głos Maryce.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
-Zaraz.-Odpowiedzieliśmy jednocześnie. Zdyszani.
Kiedy tylko usiadłam, poczułam jak cieniutka strużka, jakiegoś płynu, spływa mi od kącika ust i kieruje się, wolno, w dół. Otarłam ręką to miejsce i okazało się, że to krew. Spojrzałam na Daniela. Miał prawie tak samo, tyle że, nic nie spływało mu po brodzie. Uśmiechnął się do mnie i pociągnął do siebie.

~***~

Byliśmy już w połowie drogi na boisko szkolne, żeby zrealizować nasz zakład. Nie mogłam się doczekać, żeby w końcu grać tak jak lubię! (To znaczy robić różne piruety podczas skoków, skakać na trzy metry i wyżej, itd.)
Przez całą drogę, Daniel,trzymał piłkę pod pachą i opowiadał mi o swoich sukcesach sportowych w swojej ostatniej szkole. Wydawałoby się, że to będzie nudne, ale mimo wszystko, podobało mi się. Momentami było zabawne, a nawet poważne! Nauczycie od wf-u ponoć płakali na zakończeniu poprzedniego roku, bo stracili swoją Gwiazdę! Po drodze, dorzucałam też swoje komentarze i kilka zabawnych historyjek.
Słońce już zachodziło i niebo robiło się pomarańczowe. Przejeżdżających obok samochodów, zrobiło się mniej. Po ulicach chodzili jeszcze ostatni spacerowicze i, jak się dobrze wsłuchać, koncert świerszczy.
Przeszliśmy przez bramę i już byliśmy na boisku. Rzuciliśmy bluzy pod jeden z koszy-Daniel plecak. Wzięłam piłkę i przymierzałam się do kosza. Przyznam się, że dziwnie mi było teraz grać. Zwłaszcza po tym po robiłam na wf-ie- to znaczy: tylko lekko podawałam piłkę albo w ogóle nie grałam. Tak właściwie, to dziwnie było grać w cokolwiek! Z Liz nie miałam co próbować, bo wołami ją nie zaciągną do jakiejkolwiek gry-bo sobie by paznokcie połamała. Szczerze, to ona prawie w nic nie potrafiła grać, ale była o wiele lepsza w innej dyscyplinie. Moda i, co najważniejsze!, umiała pocieszyć! Nie ma drugiej takiej na świecie! Z niejednego dołka mnie wyciągnęła, a gdy ona była przybita, pocieszałam ją jej sposobami. Nie raz byłam dobita, zwłaszcza dlatego, że dzieciaki bały się mnie w podstawówce.
Przeszliśmy na środek boiska.
-Ty zaczynasz.- Uśmiechnął się.- I tak nie masz ze mną szans!
-To ty nie masz ze mną szans, Nefilku!
-A ty co? Anioł?
Posłałam mu chytry uśmieszek.
-Co?
-Twoja matka to człowiek, moja, Nefilim.-Wytknęłam mu język i pobiegłam w stronę jego kosza.
Udało mu się mnie wyprzedzić i zastawić drogę, ale to i tak nic nie zmieniło. Podskoczyłam, odbiłam się od jego ramienia i poleciałam w stronę kosza. Piłka trafiła centralnie do środka, a ja, zawisłam na nim. Zaśmiałam się i puściłam obręcz delikatnie opadając na ziemię.
-I co?-Spytałam z nutką tryumfu w głosie.-Nadal sądzisz, że mnie pokonasz?!
-Jest jeden do zera, a my gramy do pięciu!
Zabrał mi piłkę z rąk i ruszył w stronę mojego kosza. Stałam w miejscu i śmiałam się. On myśli, że mnie pokona! Nawet nie drgnęłam, a znalazłam się cenralnie przed nim. Wpadłby na mnie, ale zabrałam mu piłkę i pojawiłam się przed jego koszem- a właściwie, to na nim. Wrzuciłam, niby to od niechcenia, piłkę w obręcz, następnie kładąc tam stopy.
Pokiwałam, ze zrezygnowaniem, głową i prychnęłam.
-I ty nadal twierdzisz, że mnie pokonasz?-Zadrwiłam.
Chwycił piłkę i odwrócił się do mnie plecami. Przymierzył się do kosza, a następnie pchnął piłkę w tą stronę. Aż westchnęłam z irytacji. Tym razem miałam ochotę „polatać”. Wyprostowałam się, a następnie mocno wybiłam w stronę lecącej piłki- oczywiście nie w moją stronę tylko ode mnie. Złapałam ją-spadając, i robiąc salta w powietrzu, na ziemię.
Stanęłam na równe nogi i poodbijałam piłę od ziemi, a następnie rzucając ją do kosza Daniela. On zaś, zaplótł dłonie na piersi jedną ręką podpierając podbródek. Wyglądał teraz niemal jak ta słynna rzeźba Myśliciela tylko, że nie mam pojęcia, gdzie się znajduje!
Duża pomarańczowa kula, wpadła dokładnie tam, gdzie miała. Do środka obręczy.
-Trzy zero, kochanie.-Spojrzałam na niego drwiąco. Nawet nie drgnął!
Po chwili stania w bezruchu, spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
Odwrócił się, wziął piłkę i zaczął nią kozłować. Postanowiłam się nie ruszać i obserwować jego poczynania. Podchodził coraz bliżej, wciąż odbijając piłkę o ziemie, i minął mnie, jakby nigdy nic! Zaczęłam iść za nim, ale nie zmieniła swojego tępa. Cały czas szedł powoli i spokojnie. Doprowadzało mnie to powoli do szału! Ja chciałam wigoru! Jakbym chciała spacerek, to już dawno by mnie tu nie było, tylko gdzieś poza miastem, lub dalej! Stanęłam przednim wytrąciłam mu piłkę z rąk, łapiąc go w pasie.
-Nie stać cię na nic więcej?-Spytałam lekko zasmucona.
-Wiesz, nie mam pomysłu na ciebie. Jak mam cię minąć?!
Położyłam głowę na swoim ramieniu i wyszczerzyłam się do niego.
-A jak myślisz?-Zatrzepotałam rzęsami.
Wybuchnął śmiechem, ale zaraz spoważniał słysząc czyjeś kroki i głośnie rozmowy. Spojrzałam mu przez ramię-Daniel też tam spojrzał- i ze zdziwieniem stwierdziłam, że idą w naszą stronę wszyscy chłopacy z sobotnich naborów do drużyny koszykarskiej. Ustawili się jak na zbiórce, ale nie nadepnęli na betonową płytę, która służyła jako boisko. Wszyscy zamilkli.
-Ile jest?-Spytał któryś z chłopaków.
-Trzy zero.-Odpowiedziałam.
-Dla?-Znów spytał ten sam głos.
-A jak myślisz?-Zadrwiłam z niego.
-Daniela?-Odpowiedział z taką samą drwiną jak moja.
Wybuchnęliśmy, z Danielem, głośnym śmiechem. Patrzyli się na nas ja na idiotów.
-Drake! Ja nie mam z nią najmniejszych szans!-Krzyknął mój ukochany.
Wszystkie spojrzenia padły na mnie. Wytknęłam im język.
-Tak, jak on ci się daje to możesz sobie wygrywać, ale na pewno ze mną byś nie wygrała. Ja nie daje forów jak twój chłoptaś.-Warknął Drake.
-Kto jeszcze, prócz mojej babci, używa takich słów jak „chłoptaś”?!-Wszyscy zaczęli się śmiać, tylko nie osoba, z którą prowadziłam konwersacje.- Proszę bardzo!-Położyłam ręce na biodrach idąc w jego stronę. -Chodź tu i pokonaj mnie! Dziaduniu.
Znów wszyscy zaczęli się śmiać oprócz Drake'a. Zaczął się robić czerwony na twarzy! No nieźle!
Rzuciłam mu piłkę, ale on pokręcił głową oddając mi ją.
-Mam swoje reguły. Kto jest słabszy ten ma piłkę.-Powiedział już całkiem spokojnie Drake.
-No to, czemu oddajesz mi piłkę?-Zdziwiłam się.
Znów rozległy się ciche śmiechy.
Ze spojrzenia Drake'a wynikało, że nie przyjmie sprzeciwu. Wzruszyłam jedynie ramionami i przymierzyłam się do kosza. To nic, że stałam na połowie boiska...
Drake zaczął się śmiać.
-No chyba nie chcesz z tond rzucać!-Powiedział.
-Nie lekceważ jej.-Rzucił Daniel, który stanął obok chłopaków przypatrujących się naszym rozgrywką.
-Żeby było ciekawiej, załóżmy się o coś.-Zaproponowałam.-Jeżeli ja wygram, zafunduje ci wycieczkę na szkolny dach. Nie zmęczysz się przy wchodzeniu. Tak naprawdę to nie ruszysz się z miejsca.-Uśmiechnęłam się pogardliwie.
-Ok. Wiem, że to niemożliwe, więc się zgadzam.-Odparł Drake.-Ale, jeżeli ja wygram to...-Podrapał się po brodzie w zamyśleniu, aż na jego twarzy zawitał chytry uśmieszek.-Pocałujesz mnie!
Zaczęłam się śmiać, ale po chwili się uspokoiłam wycierając łzy.
-Oj, chyba nie skorzystam z tej propozycji. Nie kusi mnie to.
Znów przymierzyłam się do kosza i pchnęłam piłkę, która wpadła do środka obręczy, przy tym nie dotknęła jej nawet!
Drake'owi opadła kopara ze zdziwienia! Ale szybko się otrząsnął i powiedział:
-Szczęście początkującego.-Pochylił się po piłkę, która przyturlała się pod jego nogi.-Mamy trzy próby. Kto trafi więcej razy wygrywa.
Wzruszyłam ramionami i stanęłam przed nim.
Jeden z chłopaków-blondyn o granatowych oczach-podszedł do nas i wziął piłkę od Drake'a i powiedział:
-To ma być czysta gra.-I rzucił piłkę do góry.
Podskoczyłam wystarczająco wysoko, żeby złapać piłkę przed Drake'iem, zrobiłam piruet z piłką dookoła niego i rzuciłam piłkę do kosza.
Drake był wściekły. Po prostu kipiał z tej wściekłości!
Jeżeli tak ma wyglądać mecz z nim to mogę sobie usiąść i patrzeć czy trafi.
Znów piłka poleciała do góry, ale tym razem stałam i postanowiłam nic nie robić, do czasu, aż będzie się przymierzał do rzutu. Nie musiałam długo czekać. Próbował zrobić dokładnie to co ja-trafić do kosza ze środka boiska. Pobiegłam jak najszybciej umiałam-prawie się przemieszczałam-i złapałam piłkę w locie. Byłam pod swoim koszem-do tego kosza celował Drake- i rzuciłam piłkę do kosza mojego rywala.
Kiedy zauważył, że trawiłam, myślałam, że wybuchnie z wściekłości! Śmiałam się z niego. W tle słyszałam jak chłopacy krzyczą: „Mówiłeś, że jesteś dobry!”, „Uuu... Dziewczyna cię leje!”, itd.
-Jeszcze jeden i wygrałam!-Wytknęłam mu język.
-Jeżeli trafisz i zostają jeszcze mi trzy żuty!-Krzyknął wkurzony Drake.
Westchnęłam z irytacją. Czy on nie rozumie, że nie ma ze mną szans?! Najwyraźniej nie. Zadufany w sobie dupek!
Piłka znów wystrzeliła do góry. Znów złapałam ją przed Drake'iem. I znów trafiłam do kosza! Z nim gra w kosza to jak zabranie dziecku lizaka, a nawet i lepiej!
Podałam piłkę temu nieudacznikowi. Był cały czerwony na twarzy! Aż się zaśmiałam tak świdrował mnie wzrokiem.
-Dalej!-Krzyknęłam na niego.-Pokaż że trafisz wszystkie trzy piłki ze środka boiska i to tak jak ja!
Nie odpowiedział.
Stanął na linii mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. I rzucił! Piłka jedynie lekko musnęła obręcz koła, ale żeby trafić brakowało o wiele więcej niż troszkę.
Zaczęłam się z niego nabijać.