26 grudnia 2011

Rozdział 4

Rozdział4

Dziwny dzień

Przez pierwsze dwa dni nie byłam w szkole. Liz i Daniel dobijali się do mnie-dzwoniąc, pisząc sms-y, dzwoniąc do drzwi, a Lena mówiła im, że mnie nie ma, lub że teraz nie mogę, czy coś w tym stylu. Kusiło mnie, żeby do nich napisać, czy jakkolwiek się z nimi skontaktować. W końcu to moi przyjaciele i byłam ciekawa jak tam się potoczyło z Peterem. W końcu jak Liz ma na kogoś ochotę, to najczęściej jej się to udaje. Tym razem to było naprawdę mocne zauroczenie. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak pochłoniętej miłością do chłopaka jak teraz. Może z jej zachowania to tak nie wynikało, ale jej oczy mówiły wszystko. Chociaż to ostatnie wydarzenie, że Liz poszła z jakimś chłopakiem po jego bluzę czy po cokolwiek, Było niespotykane! Zawsze nie ruszała się z miejsca. Traktowała siebie jak królową. Zawsze miałam niezłą bekę, kiedy widziałam tych biednych chłopaków, gdy nie wiedzieli co mają zrobić, jak chcieli się z nią całować na osobności czy coś takiego. Myślałam, że będą ją nosić na rękach. To byłoby śmieszne. Ale ona traktowała chłopaka jako plakietkę, jak coś co musi mieć, ale nie musi tego używać. Za każdym razem wybierała mnie, zamiast swoich chłopaków. Schlebiało mi to, a nawet więcej. Ja robiłam podobnie, ponieważ to ona mi na przymus kazała chodzić z różnymi facetami, starszymi o dwa-trzy lata, ślinili się do mnie, ale ich olewałam. Nie podobali mi się, chociaż patrząc z perspektywy innej dziewczyny, pewnie by mi zazdrościły.
Dobrze było zrobić sobie dwa dni wolne od szkoły, nawet jeżeli miałam siedzieć z Leną w domu. Właściwie to ona wszystko wymyśliła. Miałyśmy takie dwa babskie dni. Sporo mi wytłumaczyła i opowiedziała o sprawach... intymnych i tym podobnych. W te dwa dni, traktowałyśmy siebie jak najlepsze przyjaciółki. Rozmawiałyśmy o swoich dawnych miłościach, urządziłyśmy salon piękności i przez większość czasu, oglądałyśmy filmy. Na horrorach, Lena, wtulała się w moje ramie-przy takich straszniejszych scenach. Śmiałam się na horrorach, a nie umierałam ze strachu. Te sztuczne flaki! Heh... Chociaż te filmy stają się coraz bardziej realistyczne.
Dzisiaj natomiast, obudziłam się wcześnie rano-było jeszcze ciemno. Nie chciało mi się spać. Właściwie to nic bym nie robiła, nie ruszała się z łóżka, ale postanowiłam, że spakuje się i poczytam tematy z dwóch dni, żeby być na bieżąco. Połowy rzeczy i tak nie rozumiałam, ale szkoła już po to jest, żeby uczyć tonę nieużytecznych rzeczy, które nie przydadzą się nam w dorosłym życiu. No może co nieco, ale i tak za mało.
Zrobiłam sobie notatki i powkładałam pomiędzy strony, które przeczytałam. Nie mam pojęcia na co mi się zda ta wiedza na trzy marne dni, które będą nędzne i wszystko będzie się niemiłosiernie dłużyć. No, jeżeli wymyśle sobie jakieś zajęcie. Tylko jakie?! Samo się pewnie wymyśli.
Zaczęłam się ubierać, przebierać i majstrować. Musiałam wszystko dopasować do zielonego lakieru, który miałam na paznokciach. Liz nie było po co budzić. Niech śpi. Jak spotkamy się w szkole, to będzie mnie torpedować pytaniami i tak dalej.
W końcu coś założyłam na siebie odpowiedniego. Padło na zieloną tunikę i pantofelki, czarne rurki i kolczyki.
Wymalowałam sobie oczy cieniem do powiek i ułożyłam włosy. Wyszczotkowałam zęby i po tej porannej toalecie, zeszłam na dół z plecakiem pełnym ciężkich i niepotrzebnych, jak na mój gust, książek.
Rzuciłam się w fotel i wraz z nadejściem godziny siódmej, rozległy się dźwięki kroków i ziewań. Czekałam na mika, żeby go zaprowadzić do szkoły. Lena i Mikel, proponowali, że zawiozą nas do szkół, lecz odmówiłam. Miałam wielką ochotę na spacer. Szybko wyszykowałam brata i wyszliśmy.
Po zaprowadzeniu Mika do szkoły, szłam do swojej uczelni. Nawet nie wiem na jakiej ulicy byłam, ale gdy zobaczyłam go, miałam ochotę urwać mu głowę! Co on robi tu z tym plecakiem?!
Wzięłam kilka głębokich wdechów,a on, słysząc to, odwrócił się do mnie i uśmiechnął. Nawet zatrzymał się, żebym do niego doszła! Spojrzałam się na niego dziwnie, jak na idiotę, ale on nic sobie z tego nie zrobił tylko jeszcze ponaglił mnie ręką!!!
Podeszłam do tego debila i wpatrywałam się w niego pytająco. Zmierzyłam go jeszcze wzrokiem przed zadaniem mu pytania.
-Co ty tu robisz?! Nie powinieneś być... Gdzieś?!No nie wiem... W domu i urywać się przede mną?!-Warknęłam.-Rozważ też taką możliwość.
-Rozważałem.-Chwila ciszy.-Masz naprawdę miłą klasę, ale szkoda, że nie było cię przez te dwa dni.
Zasmucił się lekko. Naprawdę się zasmucił! Aż wybałuszyłam oczy ze zdziwienia. Czemu on był smutny?! Spojrzałam na niego niepewnie. Coś w jego oczach mówiło, że... Mówiło... mówiło, że...-nie mogłam tego wpuścić do swojej świadomości-mu się podobam! Aż walnęłam się w czoło i pokręciłam ze zrezygnowaniem głową.
-Nie masz u mnie szans!-Warknęłam.-Jestem zajęta.
-Mamy całą wieczność na zapoznanie się bliżej.-Odpowiedział jak najbardziej serdecznie i uprzejmie.-Będę na ciebie czekać tak, czy inaczej.
Przewróciłam oczami i ruszyliśmy do szkoły w milczeniu. Żadne z nas słowem się nie odezwało. Pasowała mi taka cisza-dobra, samochody jeździły jak oszalałe po ulicach, ale dobrze, że z nim nie gadałam, bo pewnie straciłabym panowanie nad sobą i coś mu zrobiła. Zakradanie do mojego pokoju nie jest rzeczą mądrą, dla śmiertelnika-jakąś mityczną postać to zaboli, poboli chwile i ból przechodzi. Nie ma sensu atakować takie stworzenia, chyba, że je zabijasz. To może jeszcze ujdzie, bo je w jakiś sposób skrzywdzisz. No może z znacznym stopniu, ale zawsze znajdzie się coś gorszego od śmierci.
Kiedy tylko weszliśmy do szkoły, Liz rzuciła mi się na szyję. Próbowałam się uwolnić z jej uścisku, ale trzymała mnie za mocno. Nie użyje na niej siły. Nie chcę jej zrobić krzywdy! Przecież to moja najlepsza przyjaciółka. Za bardzo jej potrzebuje, a poza tym, nie chcę, żeby znowu się mnie bali.
-Co się z tobą działo?!-Zaczęła na mnie krzyczeć.-O co w ogóle tu chodzi?! Czemu do mnie nie zadzwoniłaś?! Myślałam, że coś ci się stało! Chłopacy, mówili, że zeskoczyłaś z dachu! Dzwonili nawet po szpitalach i pytali się, czy cie tam nie ma, zwłaszcza po tym, jak nie przyszłaś do szkoły w poniedziałek. Czy ty wiesz, jak ja się o ciebie bałam?!
Myślałam, że zaraz się rozryczy czy coś takiego, ale po chwili na jej chwili, pojawił się uśmiech pokerzysty. Pewnie myślała, że nie wydobędę z niej informacji o całym niedzielnym dniu. Jeżeli tak myśli, to jest w wielkim błędzie! Zawsze się coś na nią znajdzie, żeby zaczęła gadać. Wystarczy mały pretekst, jedno odpowiednie słowo i już! To nie jest wcale dużo i też za dużo nie trzeba się wysilać.
Zaśmiałam się głośno.
-Czy ty widziałaś mnie kiedyś z gipsem na ręce? Czy może bandażem albo jakąś raną ciętą, albo siniakiem?-Uśmiechnęłam się do niej i mocno ją uścisnęłam.
-No nie...-Zmieszała się.-ALE TO NIE POWÓD, ŻEBY SKAKAĆ Z DACHU!!!-Wydarła się na cały korytarz tak, że wszyscy, łącznie z nauczycielami dyżurującymi, zwrócili się w naszą stronę pytająco.
Wychowawca naszej klasy podszedł do mnie wielce oburzony z naganną miną.
-Czy ja dobrze usłyszałem?!-Zapytał.-Skakałaś z dachu.
Pokiwałam głową.
-Może to pan sobie obejrzeć na monitoringu szkoły.-Wyszczerzyłam się do niego.-Mam kilkunastu świadków, którzy to potwierdzą. O właśnie! Coś sobie przypomniałam.-Mój uśmiech się poszerzył.-Jak tam Drake? Zszedł z dachu? Czy straż pożarna musiała po niego przyjechać?
Nauczyciel zaczął kipieć z wściekłości. Za chwile będzie można na nim wodę gotować! Ku mojemu zdumieniu, opanował się a na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
-Dziękuje, ze jesteś ze mną szczera.-powiedział to zbyt uprzejmym tonem. Aż się przestraszyłam.-Teraz możesz pójść ze mną do dyrektora i się mu będziesz tłumaczyć.-Zastanowił się przez chwilę.-Rodzice wiedzą co zrobiłaś?
I wtedy, podszedł do nas ten wampir. Nadal nie wiem jak ma na imię. Stanął naprzeciw nauczyciela i spojrzał mu głęboko, hipnotyzująco, w oczy, szepcąc pod nosem:
-Zapomnisz o tym co usłyszałeś przed chwilą i będziesz pamiętał, że rozmawiałeś z Angelą o kartkówce z polaka.-Zamrugał oczami i wyprostował się. Na jego twarzy pojawił się strach.-Wszystko w porządku, panie profesorze?-Złapał go pod ramię.
-Co się stało?-Spytał nauczyciel łapiąc się za czoło.
-Nie pamięta pan?-Spytałam.-Rozmawialiśmy o kartkówce z polskiego, która była w poniedziałek, ale mnie na niej nie było.
Podrapał się po brodzie w zamyśleniu.
-Na tak... Zapomniałem.-Odezwał się w końcu.-Źle się czuje. Pójdę sobie zrobić kawy. Przepraszam.
Odszedł trochę chwiejnym krokiem w stronę pokoju nauczycielskiego.
Spojrzałam z niedowierzaniem na wampira.
-Gadaj!-Szepnęłam do niego nie odwracając wzroku od profesora.-Jak to zrobiłeś?!
-A taka mała sztuczka.-Wyszczerzył się do mnie.
Nagle, gała nienawiść do niego jakby sobie gdzieś poszła. Czemu on w ogóle to zrobił? Przecież byłam dla niego nie miła. Nie powinien spróbować mi uprzykrzyć życia, a nie mi pomagać? Nie rozumiem go. Przecież nie wisi mi przysługi ani nic poza tym.
-A tak w ogóle-wyciągnął do mnie rękę-to jestem Nicolas. Nie miałem okazji się przedstawić, a tamta noc... No cóż. Przepraszam, ale jak tak zaglądałem po domach i dostrzegłem ciebie... Po prostu nie mogłem uwierzyć. Nie dla tego, że jesteś ładna czy coś, ale dla tego, że ci ludzie... przecież oni...
-No tak. I co z tego?-Zmierzyłam go wzrokiem.
Rozłożył ręce przed siebie w geście podania.
-O czym wy tak intensywnie rozmawiacie?-Liz wpatrywała się w Nicolasa pytająco. Ona rozumiała z tego najmniej. Właściwie nic.-Co? Powiecie?
-Kontrola umysłu. On jest hipnotyzerem.-Odpowiedziałam jej, zanim zrobił to wampir.-No wiesz, jak ci, którzy to niby pomachają ci przed nosem zegarkiem i mają cię w garści.
Zaśmiałyśmy się cicho. Wyszczerzyłam się do Nicolasa, a jego uśmiech sięgał już niemal uszu. Zadzwonił dzwonek na lekcję. Wystraszył mnie. W ogóle zapomniałam, że jestem w szkole. Ucięłam sobie miłą pogawędkę z kolegami i już nie wiesz gdzie jesteś.
Poszliśmy pod klasę. Podczas przejścia przez całą szkołę, żeby dojść pod naszą klasę, dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy o naszym nowym koledze z klasy. Podobno, mieszkał we Francji, Włoszech, Kanadzie, Brazylii, Mongolii, Nigerii, Madagaskarze, nawet w Egipcie! A później, żeby ochłoną, zamieszkał w Grenlandii. Na koniec odwiedził Indonezję i zahaczył o rafę koralową koło Australii i dotarł do nas. Podobno, walczył w Iraku i Pakistanie. Brał udział w wojnie secesyjnej oraz w I i II wojnie światowej. Za każdym razem pozorował swoją śmierć. Czyli można było powiedzieć, że był człowiekiem honoru. Żył już w średniowieczu i tam też brał udział w różnych bitwach o wolność kraju. Nazywano go za tamtych czasów sir Nicolas. Podobno walczył dla swoich księżniczek, ale i tak, one, wybierały innych, lub musiały. Za każdym razem coraz łatwiej było mu się po tym pozbierać, bowiem nie spotkał kobiety, za którą poszedłby nawet i do piekła.
Trochę mu współczułam z tego powodu. Odwieczna tułaczka w samotności po naszej Ziemi. Wielka kara dla poczciwca, który-chyba-nic takiego nie przeskrobał. Miałam ochotę go uściskać. Jednakże, zaszliśmy pod klasę i wszyscy chłopacy, jak jeden, zaczęli klaskać. Nie miałam pojęcia o co tu chodzi. Po prostu byłam osłupiała.
-Powiedz mi, proszę, że umiesz czytać w myślach!-Spytałam Nicolasa rozpaczliwym szeptem.
Pokręcił ze smutkiem głową.
-Uwierz mi-odparł.-Chciałbym.
Zaśmiał i popchnął mnie akurat na idącego w naszą stronę Daniela.
-Ej!-Krzyknęłam na Nicolasa.
Wpadłam wprost w ramiona swojego chłopaka, nie spuszczając jednocześnie wzroku z wampira. Wiedziałam, że za szybko nie będę miała jak mu się odpłacić pięknym za nadobne, ponieważ teraz, zaczęli gwizdać i huczeć, że mam go pocałować.
-Zrobię to-szepnęłam- ale najpierw powiedz. O co im, do licha, chodzi?!
-Nazywają cię hardkorem!-Wyszczerzył się do mnie.- No wiesz. Po tym jak skoczyłaś z dachu i w ogóle.
Przewróciłam oczami kiwając ze zrezygnowaniem głową.
Zadzwonił drugi dzwonek i zauważyliśmy, że zbliża się do nas nauczyciel.

~***~

Siedzieliśmy pod którąś z klas zasłonięte przez resztę uczniów. Liz przez cały czas opowiadała mi jak to cudownie dogaduje się z Peterem. Nie ma odwagi, żeby pocałować go. Po prostu patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Ona?! Przecież Liz zawsze, ale to zawsze całuje się z chłopakami po pierwszej randce i to jest ich drugi sprawdzian. Zazwyczaj go oblewają, a ja mam później pełne ręce roboty. Od pocieszania Liz i tłuczenia jej do głowy, że to nie pocałunek się liczy oraz chłopaków
, którzy nie przeszli jej testu. Nie dowierzali, gdy ona mówiła, że się z nimi nie spotka już więcej. Randki były wręcz idealne. Kino, restauracja, romantyczny spacer... Każdy chłopak ciągnął mnie do kina na jakieś filmy. W większości nawet mi się podobały, ale inne... to była po prostu porażka!!! Na horrorach chowali się za moim ramieniem. A ta nie ja powinnam się chować w ich objęciach?! Po seansie udawali twardzieli, ale ja już nie chciałam mieć z nimi nic do czynienia! Z takimi boi dupami?!
W korytarzu pojawił się Daniel i, rozglądając się po korytarzu, podchodził do wybranych z tłumu osób, i o czymś z nimi rozmawiał. Na minach jego rozmówców, pojawiały się szerokie uśmiechy i potakiwania głową. Znów uważnie rozejrzał się po tłumie i zatrzymał wzrok na mnie, uśmiechając się. Podszedł do nas i kucnął przede mną, opierając się rękoma o moje ugięte kolana. Liz, już wstawała, żeby zostawić nas samych, ale Daniel zatrzymał ją jednym ruchem ręki. Pokręcił głową, że nie ma odchodzić i przemówił:
-To ja chcę was zaprosić na domówkę, a ty chcesz uciekać?-Zwrócił się do Liz, puszczając jej oczko.
-Coś ty powiedział?!-Krzyknęła moja przyjaciółka z niedowierzaniem. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech i nadzieja.-Kto tam będzie?!
Zaśmiał się krótko.
-No a jak myślisz?
Jej oczy po prostu zaświeciły! Złapała mnie za ramię i mocno się do niego przytuliła.
-Liz!-Miażdżyła mi kość i mięśnie ręki.-Złamiesz mi rękę!
-No a ty? Przyjdziesz?-Daniel oparł brodę na ręce.
-Przyprowadzę ją na stówę!-Odparła Liz, chociaż pytanie było skierowane do mnie.-Zrobię ją na bóstwo! Nie poznasz jej!
-I tego się właśnie boję...-Wyszeptałam sobie pod nosem.
Daniel parsknął śmiechem. Najwyraźniej usłyszał to co powiedziałam. Pogłaskał mnie po ramieniu i znów się wyszczerzył.
-No to, załatwione. Przeszkodziłem wam w czymś?
-Nie, ależ z kąt?!-Odparła Liz zbyt ambitnie, jak na nią.-Kiedy i o której?!
-W sobotę o 17?-To brzmiało bardziej jak pytanie.
Moja przyjaciółka energicznie pokiwała głową. Jej chwyt na moim ramieniu się zwiększył. Bolało jak nie wiem, ale nie dawałam tego po sobie poznać.


~***~


Wychodziliśmy z Danielem, trzymając się za ręce, ze szkoły. Przeszliśmy może, no nie wiem, jakieś 3metry i on, zatrzymał się i stanął jak wryty. Wybałuszał gały w stronę gróbki chłopaków ubranych na czarno(przebranych za Gotów). Dwóch wysokich i umięśnionych i dwóch o pół głowy mniejszych- ale i tak mnie przerastali. Wszyscy czworo, też się na niego spojrzeli, a kiedy tylko to zrobili, Daniel ruszył w ich stronę ciągnąc mnie ze sobą. Udało mi się zrównać z nim kroku.
-Siema Daniel!
-Dawno się nie widzieliśmy!
-Jak tam leci?!
Usłyszałam te pytania od Gotów. Jednak, coś dziwnego mi się w nich wydawało. Przyjrzałam się im, ale dostrzegłam, spod tony kredki do oczu i tuszu do rzęs,-nawet ja tyle tego nie używam-tylko nasycony niebieski kolor. Wszyscy jak jeden, mieli czarne czupryny, koszulki i spodnie oraz łańcuchowe bransolety i obroże z kolcami.
Daniel, przywitał się z nimi i chwilę pożartował. Uśmiechał się od ucha do ucha, ale jedno zdanie wystarczyło, żeby stał się zły i nerwowy.
-To jak to teraz?-Spytał ten z najkrótszymi włosami.-To o Elizabeth już nie pamiętasz?
-Spadaj Mati.-Warknął Daniel.-Nie przypominaj mi o tej dziwce.
-Uuu...-Zawołali chórkiem.
-To może tak nas przedstawisz swojej nowej dziewczynie?-Zapytał Ten, którego Daniel nazwał Mateuszem.
Wskazał na niego ręką i powiedział:
-To Mateusz...
-Mów mi Siekiera.-Przerwał mu Mati.
-To Arek.-Wskazał na stojącego obok chłopaka. Włosy może miał lekko dłuższe, ale na pewno bardziej puszyste.-A tamci dwaj to: Kamil i Sam.
Uśmiechnęli się i skinęli do mnie głową. Obydwaj byli „ulizani”. Wyglądali na gejów. Stali blisko siebie i niemal w ogóle nie było widać, że trzymają się za małe palce u rąk. Nie patrzyli się na siebie, a wyraz ich twarzy zmienił się tak nagle z przymilnego na wrogi.. Zupełnie, jakbym była z jakiejś innej planety. Tak świdrowali mnie tym spojrzeniem, że to aż bolało!
-A to Angela.-Posłał mi uśmiech w zwrócił się znów ku kolegom i zaczął prowadzić żywą rozmowę.
Właściwie tylko z Arkiem i Mateuszem. Tamci dwaj nie byli jednak zafascynowani rozmową.
Po niekończącej się wymianie zdań, nagle padło hasło „domówka”. Od razu włączyłam się do rozmowy.
-... będzie super zobaczycie.-Mówił Daniel.
-Na pewno!-Dodałam mając już dość czekania.-Może poznanie jakieś nowe dziewczyny, które przypadną wam do gustu.-Pytanie było skierowanie do Arka i Siekiery. Wyszczerzyli się do mnie, co mnie zaskoczyło.
-Wiesz co Ang?-Odpowiedział Mateusza.-Akurat dobrze się składa, bo szukamy dziewczyn. W naszym mieście zrobiły się takie dziki, że to niemożliwe. Mała nieuwaga a lądujesz z nią w łóżku.-Spojrzał na Daniela potrząsając brwiami i zaśmiał się, a mój luby lekko poczerwieniał i warknął:
-Prosiłem! Nie przypominaj mi o niej!!!
Wolałam na razie nie pytać o co chodzi z tą dziewczyną.
Walnęłam go w ramię, a on spojrzał na mnie z pode łba.
-Miażdżysz mi rękę!-Na jego twarzy od razu pojawił się przepraszający uśmiech i uścisk stopniowo zelżał. Wskazałam palcem na Mateusza i mu nim pogroziłam.-A ty, jeżeli jeszcze raz wspomnisz o tej dziewczynie, to skończysz w szpitalu i nie mówię tu o zazdrości-powiedziałam to bo usłyszałam sarkastyczne „Auuu...”-i nie mam zamiaru uskarżać się na jakikolwiek ból, choćby najmniejszego stawu.-Spiorunowałam go wzrokiem, ale nic sobie z tego nie zrobił. Tylko wzruszył ramionami.
-Dobrze, a kto miałby sprawić, że karetka miałaby po mnie przyjechać.
-A choćby i ja.-Wytknęłam mu język.
-Tak? Ty?!-Roześmiał się na całe gardło.- Już prędzej Daniel stanie się Bogiem Słońce. Przecież ty mnie nawet nie dotkniesz.
-A chcesz się założyć?
-No pewnie! Jak wygram to...
-Nie mów, że też chcesz, żebym cię pocałowała...
-No coś ty! Nie jestem taki prymitywny i nie zamierzam podrywać dziewczyny kumpla!-Odparł jak najbardziej poważnie.-Dobra, nie mam pomysłu.
-Ja niestety też, no to może spytajmy kto jest za kim.
Przytaknęli.
-To kto jest za Siekierą?-Arek, Kamil i Sam podnieśli rękę.
-A ty czemu nie jesteś za mną?-Spytał zdziwiony Mateusz.
-Uwierz mi, mam już doświadczenie w zakładach z nią. Człowieku ona ma mnie w garści.-Daniel spuścił głowę.- Przegrałem zakład.-Wymamrotał.
-Nie wierzę? Ty?
Skinął tylko głową nie podnosząc wzroku.
-No dobra, to uwaga iii... Start!-Krzyknął Arek.
Po prostu czekałam na to. Zniknęłam im z widoku lądując na jednej gałęzi drzewa, z kąt miałam na nich dobrzy widok.
Rozglądali się dookoła mówiąc:
-Wow! Jak ona to zrobiła?
-A nie mówiłem.-Daniel zaśmiał się.-Na twoim miejscu chowałbym się już Siekiera.
Bacznie obserwowałam każdy ruch Mateusza. Nasłuchiwał najmniejszego szelestu, a gdy wiatr zawiał, od razu się odwrócił do mnie plecami. To był dobry moment do ataku.
Teleportowałam się za niego, klepiąc go palcem po ramieniu, a następnie przeniosłam się koło Daniela, uwieszając się mu, przy okazji, o ramię. Nie przestraszył się, tylko zrobił jakieś manewry rękoma i już znalazłam się w je ramionach. Tak było mi w nich wygodnie.
Opierałam się plecami o jego pierś, a on zaplótł ręce na mojej talii.
Mateusz spojrzał się na mnie ze zdziwieniem.
-Ha! Zadowolony?-Krzyknęłam uradowana.-Wydawałeś mi się trudniejszym przeciwnikiem.
-Ale to nie fair! Nie byłem przygotowany na taki obrót akcji!
-A czy nie chodzi o to, żeby zaskakiwać?-Zatrzepotałam rzęsami usatysfakcjonowana.
-Dobra, wiem kiedy przegrywam. Masz racje. Przyznaję ci zwycięstwo.
Uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-Dobra. A ja mam dla ciebie małą propozycję...
-Jaką?-Spytał zaciekawiony.
-Daj mi dokończyć. No więc, skoro idziesz na imprezę do Daniela i chcesz sobie poszukać jakąś fajną dziewczyny i nie taką, która będzie lecieć na ciebie, bo jesteś ładny i w ogóle, tylko jaką rozważną i nie puszczalską-skoro takie ci się już znudziły...-Wzruszyłam ramionami.
-No pewnie! A znasz taką?
-No pewnie, tylko jaki jest twój ideał?
-Wiesz co? Jeszcze nigdy go nie spotkałem...-Zasmucił się.
-Spoko. Pomogę ci.
Ucieszył się.
Po krótkiej wymianie zdań, ruszyliśmy w stronę domu. Trudno określić którego, bo i moje i Daniela mieszkanie znajdowało się przy tej samej ulicy.
Rozmawiali tak, jakby wieczność się nie widzieli, a w zasadzie, nie widzieli się prawie trzy miesiące.
Z ich rozmowy, okazało się, że ci czworo, i Danie, też trafią do tej samej szkoły co ja. Czułam się usatysfakcjonowana, że będę mieć tam znajomych. Mimo że samych chłopaków, ale fajnie jest mieć taką obstawę.
Ciekawi mnie, jak to będzie w tej szkole. Ilu uczniów do niej chodzi. Jakimi prawami się rządzi, bo tak prawdę powiedziawszy, to tylko rzuciłam na ten regulamin okiem i za dużo się nie dowiedziałam.
Lubie jak nikt nie zawraca mi głowy, ale też potrzebuje z kimś pisać, przebywać i tym podobnych rzeczy.

~***~

Oczywiście, cudownie było sobie pomarzyć o nadchodzącym nieubłaganie dniu, w którym to Liz będzie świergolić z radości, ekscytacji i podniecenia i może jeszcze innych nieznanych mi ekstaz. Cóż to ona teraz musiała sobie wyobrażać! Pewnie układała sobie w głowie różne sceny związane z nią i Peterem.
Miło było się uśmiechnąć choć przez ostatni dzień prawie, a właściwie w ogóle, tego nie robiłam. Można oszacować, że jakieś dwa dni siedziałam zasępiała patrząc się ja szpak w gnat i rozmyślając o niebieskich migdałach. Daleko wybiegałam myślami. Oj, i to nawet za bardzo! Dziwne, że akurat teraz zaczęłam zastanawiać się nad tym co będzie gdy... lub gdyby... Nie mogłam oprzeć się rozkoszy wyobrażając siebie szczęśliwą z gromadką dzieci nie dotknięta żadnym dręczącym mnie wspomnieniem i, oczywiście, z jedyną osobą, która liczyła się w moim mniemaniu. Nie trudno było się domyślić kto to, ale tak prawdę powiedziawszy, to chętnie pozbyłabym się tych myśli, które potem przeobrażały się w niemal prawdziwie wyglądające sny i które doprowadzały mnie, na sam koniec, do płaczu. Tak było od kiedy poznałam Daniela.
Czemu...?
A to dla tego, że stałam nad swoim ciałem wpatrując się w nie z niedowierzaniem starając się krzyczeć na siebie i krzyczeć do Daniela, że ja żyję, że stoję koło niego.
Zawsze po tym, budziłam się zlana zimnym potem, ręce mi się trzęsły, wszystko dookoła mnie wirowało jak oszalałe. Raz budziłam się na dworze, raz w ogródku a teraz miałam się obudzić na jakiejś polanie- wielkiej łące, która się rozciągała tak, że nie było widać końca- tak zielonej i kwiecistej, że to teraz mało wyobrażalne, ale jednak. Rosło tam pełno trawy, ale gdzieniegdzie rosły piękne białe róże, a w kratkę z nimi szły czerwone do nich dochodziły żółte, a może złote...? A ten biały to nie była biel, tylko srebro, a może białe złoto...? Czerwień kwiatów była tylko połyskującym rubinem...? Gdy się dobrze wyostrzyło swe zmysły, można było dostrzec, posłuchać, a nawet, poczuć przepływający nieopodal strumyk. Można się było zatracić w uroku tej oto chwili, ale zupełnie nie miałam pojęcia gdzie jestem. To mnie trochę zasmuciło, bo nie chciałam odchodzić, a na pewno, chciałam tu kiedyś powrócić, może powracać za każdym razem kiedy źle się poczuję..., coś będę musiała rozmyślić..., nad czymś pogłówkować...
Z nieskrywaną chęcią, podeszłam do strumienia. Moje ciało rwało się do niego, aby potem zatracić się w połaci, o dziwo, ciepłej i tak lśniącej wody, że aż zaparło mi dech w piersiach. Z czasem jednak oddech powrócił, ale nadal nie mogłam uwierzyć, że woda się tak świeci! Właściwie to wszystko tutaj błyszczało się tak nienaturalnie. Zupełnie tak, jakby ktoś kręcił film i za kontrast, wybrał coś co się jarzyło pięknym plaskiem. Tak pochłaniało.
Po kąpieli w przeźroczystej rzeczce postanowiłam, że podejdę bliżej i przyjrzę się jednemu z krzewów róż. Ujęłam biało-złoty pąk w swoje dłonie. Na płatkach pąku, jak i na liściach, były umieszczone krople wody. Zupełnie tak, jakby przed chwilę mżyło, a ja nie miałam o tym pojęcia. Zupełnie o niczym nie miałam tutaj pojęcia. Wszystko było dla mnie jasne, ale też równocześnie niczego nie rozumiałam. Nic co tu się działo, nie miało najmniejszego sensu. Ani to, że ja tu jestem, ani to, że tak wspaniałe kwiaty mogły porastać tę polanę.
Serce mi zaczęło szybciej bić. Tak niespokojnie jakby coś miało zaraz mnie zaatakować. Bicie serca mnie sparaliżowało.
To coś... A może ktoś był tak blisko, albo zbliżał się tak szybko, że nie było nawet poco się odwracać, albo też się rozglądać. Nawet nie widząc twarzy, już wiedziałam kto się czai w moim cieniu. Kto tylko czyha, żeby przycisnąć święty, mroczny, miecz do mojego gardła. Kto cieszyłby się z moich katuszy. Kto tylko czeka na mnie od urodzenia...
Co ja temu wariatowi niby takiego zrobiłam?! Jako małe dziecko?! On najwyraźniej oszalał. Mimo, że gdy po raz pierwszy spojrzałam mu w oczy, widziałam w nich miłość, troskę i takie tam, ale to była tylko aluzja. Kiedy pokazał swą prawdziwą postać w jego oczach można było dostrzec strach o własne życie, ale to nie mnie się bał. Nadal głowiłam się nad tym, dlaczego on bał się o życie, mimo że próbował zabić mnie, choć to nie ja mu przeszkadzałam.
To jest tak złożone, że mój pojętny mózg nie mógł nadal tego przetrawić i ułożyć w jakąś logiczną całość. Potrzebna mi była tylko jedna mała-może nie istotna- informacja, która sprawiłaby mi wielką pomoc w rozwikłaniu tej nadzwyczaj nie logicznej sytuacji.
Co ja sobie wyobrażam?! Może zaraz do niego podejdę i spytam się: „O co ci kurwa chodzi?! Co ja ci zrobiłam?! Czekam na wyjaśnienia!” Ale prawda jest taka, że skoro już teraz nie mogę się ruszać z miejsca, a co dopiero, gdy spojrzę mu w oczy. Chyba zmrozi mnie tak, że nawet nie będę mogła wziąć swobodnego oddechu. Kończyny odmówią mi posłuszeństwa? A on będzie się śmiać tym mrożącym krew w żyłach, śmiechem? Ze mnie...
Nie mogłam na to pozwolić.
Zacisnęłam mocno powieki i wzięłam dwa pełne wdechy. Następnie odwróciłam się na pięcie i otwierając oczy, natrafiłam na jego spojrzenie i łypnęłam na niego wyzywająco. Zdziwiło mnie to, pod jaką postacią mi si tu ukazał. Nie był tym szalejącym w swoim żywiole, potworem, tylko tym miłym i uczynnym chłopcem, który się mną opiekował i był dla moich rodziców jak syn. Nie mogłam uwierzyć, że ten uroczy młodzieniec może być bezlitosnym potworem, który chce mnie zniszczyć. Zabić bez cienia jakichkolwiek wyrzutów sumienia chodzić i odbierać następnym istnieniom ich doczesny byt. Zabierając im wszystko co mieli. Dobrobyt: mieszkanie, pracę, jakieś tam uznanie wśród ludzi. Ale jednego nie jest im w stanie odebrać. (Dobra dwóch rzeczy, ale to i tak żadna różnica. To jedno i to samo!) nadziei, która wiązała się z miłością i tym oczekiwaniem na lepsze jutro. To właśnie dlatego tak dużo osób lądowało na ulicach. Wspinali się po trupach słuchając jego podszeptywania, a gdy już mu się znudził, rujnował go doszczętnie. Niszczył jego samoocenę, poczucie własnej wartości co prowadziło do samobójstw, bo już nie mogli wytrzymać z tą samotnością, która prowadziła do szaleństwa a potem takie a nie inne rzeczy się dzieją. Często są to ataki psychopaty, który nie ma już nic do stracenia, byle tylko nie musiał już tułać się po tym świecie. Wszystko, byle odejść w niebyt. Zamienić się w proch z którego zostaliśmy zrodzeni. Wszystko byle tylko... Nie być już samotnym. Cieszyć się każdą najmniejszą zmianą w świecie. Odpokutować poczynania, a podczas sądu ostatecznego, wyrazić szczerą skruchę i znaleźć się w zasięgu tego najwyższego i móc napawać się jego majestatem. By spotkać ludzi, których kochaliśmy i straciliśmy i których mieliśmy spotkać po tak długim czasie. Jedynymi postaciami jakie bezkarnie i za pozwoleniem Najwyższego mogli doświadczać tego majestatu, były anioły, które zostały stworzone przez Niego i chwaliły go, niosąc jego chwałę na swych skrzydłach, podróżując dookoła nas, ale my ich nie zauważamy, bo jesteśmy ślepi na wszelkie dobro, jakie nas otacza. Na wszelką miłość, którą drugi człowiek chce nas otoczyć, a zamiast tego mówimy, że to jakiś pedał i trzeba się od niego trzymać z daleka. Prawie nikt już prawdziwie nie kocha,. A jeżeli próbuje, to nie wie co ma takiego zrobić, bo nigdy nie dał nikomu szansy...
Ale dość już o tym.
Stałam tak, świdrując młodzieńca wzrokiem. Było mu zupełnie obojętne co robi, gdzie jest, itd. Liczyło się dla niego to, że ma okazję i to chyba niepowtarzalną. Nagle w jego dłoni pojawiło się mroczne ostrze, który zionęło strachem, zgubieniem, pustką i niebytem. Tak zimne, że nawet -110^Celsjusza w porównaniu z nim, było ciepłej jak słońce w bezchmurny, letni poranek. Nic nie było się w stanie do niego porównać.
Mimo, ze migoczące zło w rękach nadludzko pięknego chłopca, było ode mnie zaledwie metr, to już czułam na swej skórze jego ostre jak żyleta, ostrze. Już po prostu czułam jak moja ciepła krew wypływa z ran i zamarza od razu, gdy tylko zbliży się do metalowej części broni. Paraliżował mnie strach i on, już chciał to wykorzystać. Rzucać się na mnie, ale nie zdążył.
Coś boleśnie na mnie wskoczyło. Nie był to ten młodzieniec, gdyż z spod zamkniętych powiek, widziałam tylko ciemność. A kiedy poczułam, że ktoś na mnie spadł, od razu znikł obraz rozświetlonej do zemdlenia łąki i tego boskiego psychopaty.
Nie zważając na to, kto też ośmielił się skoczyć na mnie, przytuliłam go mocno i ucałowałam w czoło szepcąc tak cicho, że tylko ja to mogłam usłyszeć:„Dziękuje”.
-Ej dobra! Wyluzuj! Przestań! Nie wytrzymam za chwilę! Dość!
Wyrzucał z siebie pospiesznie Mike, gdy odpłacałam mu się pięknym za nadobne, ale obydwoje mieliśmy z tego ubaw.
Chłopiec skręcał się ze śmiechu, gdy tylko moje palce lekko przesuwały się po jego ciele łaskocząc go niemiłosiernie. Miał na tyle ze mnę przechlapane, że znałam jego słabe punkty i łatwo było mi go pokonać nie wysilając się przy tym za bardzo. Drugą rzeczą była jego ta sama, niezmieniająca się w żadnym stopniu, taktyka. Była tak przewidywalna, że tylko trzeba było robić w odpowiednim momencie uniki.
Starałam się nie pokazywać bratu, że coś mnie trapi. Maska na mojej twarzy mogła spaść w każdej chwili, ale czułam, że spadnie dopiero po jego wyjściu.
Dałam mu w końcu za wygraną, udając zmęczoną, i kazałam iść się ubierać. Paradował jeszcze w piżamie. Prawdopodobnie, nie mógł oprzeć się pokusie obudzenia mnie w taki czy inny sposób.
W pokoju nie było za jasno, bo za oknem, na niebie, zalegały chmury zasłaniając słońce. Zbierało się na deszcz, bo gdy tylko uchyliłam okiennice owiało mnie zimne, ciężkie powietrze. Nie wzdrygnęłam się, ale i tez nie ucieszyłam. Nie lubiłam jak była taka pogoda, a w dodatku panował chłód, wolałam oczywiście jeden z tych gorący a w ręcz upalnych dni w lecie, po których następnego dnia miał przyjść ciepły deszczyk. Zawsze wtedy siedziałam na dworze- sama, lub z Mikiem- tak długo,do puki mi się nie znudziło. Najczęściej było wtedy po ulewie, lub zbyt późno na taką zabawę. Najczęściej nazajutrz byłam przeziębiona i tak jak ostatnio, Lena wyjeżdżała z tą wielką walizką. I tak nie wiem poco to robiła skoro i bez tego na drugi dzień byłabym już zdrów jak ryba. Pewnie nie wiedziała jak zresztą o wielu innych rzeczach też nie.
Ubrałam się trochę posępnie, bo ciemne dżinsy, szaro-niebieską bluzkę i miałam zamiar ubrać do tego szare adidasy, ale za to kurtka na jesień-przeciwdeszczowa-była czerwona w ciemną kratkę. Z włosami prawie nic nie robiłam, poza tym, że je rozczesałam. Wyszczotkowałam zęby i zwlokłam się z plecakiem na dół. Z chęcią rzuciłabym go gdzieś w kąt i nie szła do nudnej szkoły, w której nic się nigdy nie dzieje, poza rewelacjami, które ja stwarzam na nowo, ale ostatnio nie che mi się ich robić.
I tym razem, gdy szłam zaprowadzić Mika do szkoły, spotkałam Nicolasa. Poszedł ze mną odprowadzić brata, który po drodze zadał mu masę pytań. Tłumaczył się, że potrzebuje kilku informacji na lekcję, bo mieli przeprowadzić wywiad, a on zapomniał. Wypytywał go o rzeczy typu: „Kiedy się urodziłeś?”, „Ile masz lat?”, itd. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Nicolas, nie krył, że urodził się gdzieś pod koniec Iw p. n. e.. Mike, jak łatwo było się domyślić, śmiał się, ale nadal dociekał. Myślała, że Nick kłamie i tylko chce go spławić, ale i tak musiał przestać, gdy doszliśmy pod budynek szkolny. Tym razem ja zabrałam się do wypytywania go o jego przeszłość.
-Mówiłeś, że brałeś udział w wojnach w średniowieczu. A co robiłeś przez te prawie pięć wieków?
-Z początku moja rodzina myślała, że jestem opętany. Też byłem święcie o tym przekonany, ale przez te ich nieustanne modły wymordowałem niemal pół wioski. Wiesz jak się to skończyło?
Pokręciłam przecząco głową.
-Nie wytrzymałem.-Odparł smutno.-Zabiłem ich. Byłem zbyt młodym wampirem, żeby oprzeć się takiej pokusie. I tak długo wytrzymałem dość długo, ale ojciec musiał przeciąć rękę.-Pokręcił z niedowierzaniem głową.-To był jego pierwszy i ostatni błąd. Kiedy tylko zorientowałem się, że zabiłem moich bliskich, byłem już cały umazany krwią. Wybiegłem z domu na rażące, moje oczy, słońce. Nie tylko to mnie bolało. Myślałem, że płonę, ale wziąłem to jako karę za swoją winę.
Mieszkańcy przestraszyli się i pochowali do swoich domów, tylko nieliczni odważni zostali. Dało się ich podzielić na dwie grupy. Jedna poszła spalić ciała moich krewnych, a ja kazałem im się zakuć w dyby i wywieść z miasta, albo utopić w jeziorze. Wybrali drugą opcję. Związali mnie łańcuchem, do którego przymocowali głazy, a następnie wrzucili mnie na sam środek jeziora. Od tamtej pory nikt nie zapuścił się dalej niż do miejsca w którym mnie utopili. Widziałem ich, ale nie pływali nade mną tylko kilkanaście metrów dalej. Zwalczałem w sobie pokusę, żeby uwolnić się i ich pozabijać.
Po pewnym czasie-jakiś dwóch pełniach- przestali zupełnie pływać po tych wodach, ale i tak się nie uwolniłem. Siedziałem tak na dnie przez kolejne lata, aż pewnego dnia, przepływała tamtędy jakaś łódka. Nie wytrzymałem. Nie dlatego, że byłem głodny, tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, dlaczego nikt od tak dawna tam nie pływał.
Zauważyła mnie pewna młoda szlachcianka i przestraszona kazała mi wejść na łódź. To dzięki niej jestem teraz bardziej człowiekiem niż wampirem. Odziała mnie, a ja w zamian byłem jej sługą, ale ona mnie tak nie traktowała. Była dla mnie wyrozumiała. Uczyła mnie tego co sama umiała. Byłem workiem treningowym jej męża. To dzięki mnie obronił swoje ziemie i dożył swego wieku i przekazał spadek mnie, gdyż nie miał dzieci, a ja byłem dla niego jak syn. Nauczył mnie czytać, mówić po łacinie i modlić w zupełnie inny sposób.
Spytałem się go jeszcze przed jego śmiercią, co się stało z wioską, która stała tu o wiele wcześniej na miejscu tej mieściny. Podobno podbili tę wioskę, w której było i tak za mało mieszkańców. Właściwie to mój lud się poddał i przystał na ich warunki. Razem wybudowali piękne i wielkie królestwo, a legenda o upiorze z jeziora pozostała. Krążyły te historie wśród mieszkańców dość długo, żeby trafiły do mojego serca wystarczająco mocno, że swój cały gniew wylałem w bitwie z najeźdźcami. Sam, uzbrojony jedynie w miecz, wykosiłem połowę armii. Mieli mnie za bohatera, ale niestety upozorowałem własną śmierć, zapisując cały spadek jednej ze znajomych szlachcianek. Najmłodszej córce pewnego szanowanego lorda.
Zbudowali dla mnie kryptę, w której mnie pochowali. W następną noc wychodziłem z niej i uciekałem do innej mieściny. Dzięki swojej urodzie zdobyłem wiele szacunku i uznania wśród władców. Udawało mi się za każdym razem pozorować śmierć i jakoś przeżyłem do teraz. Choć przez jeden wiek uczyłem się na nowo życia w śród ludzi. Za każdym razem uczyłem się nowego języka, ale najłatwiej było mi się porozumiewać po łacinie. Ten język był w tamtych czasach bardzo powszechnie używany, co pewnie wiesz.
Pokiwałam głową w zamyśleniu.
-Bardzo ciekawa historia.-Podrapałam się po brodzie.-Może to dziwnie zabrzmi, ale czym się żywisz? I czemu, jak mówiłeś, słońce cię raziło, a teraz nic sobie z tego nie robisz?
-Jadam normalnie jak ludzie, ale żeby tak było, co jakiś czas muszę się pożywić krwią. Najczęściej jest to jakieś duże zwierzę. Albo dwa lub więcej. A czemu słońce mnie nie razi tak? Uodporniłem się na nie. Dużo pracowałem na polu i to tylko moja wytrwałość pozwoliła mi na uodpornienie się. Rozumiesz, prawda?
-Tak.
Był bardzo spięty, więc pogłaskałam go po ramieniu.
-Przepraszam.-Wyszeptałam.
-Za co?-Oburzył się.
-Za to, że sprawiłam ci ból. Za to, że przeze mnie musiałeś sobie to wszystko przypominać. A jeżeli mi powiesz, że to nie to, to się uśmiechnij.
Jego usta wygięły się w krzywy uśmieszek.

~***~

Ostatni dzień w tej zasranej budzie. Już nie mogłem się doczekać, żeby skopać komuś tyłek na pożegnanie. Mogli by mnie z niej nawet wyrzucić i tak mam na to wyjebane. W końcu idę do szkoły dla jakiś mitycznych dziwactw, których jestem częścią. Nie przeszkadza mi to, w ręcz przeciwnie, to jest najlepsze co mogło mi się przytrafić. Być we wszystkim lepszym od innych. Silniejszym, bardziej sprawnym. Równie dobrze mogę pracować jako kaskader w jakimś niebezpiecznym programie, i to bez zabezpieczenia. Płacili by mi za to grubą kasę, a potem mogę żyć jak król i prowadzić własny program wyczynowy. Bez żadnych zabezpieczeń, bez planowania przyszłości i bez kaskaderów. Sam sobie będę władcą i sam sobie będę robić niebezpieczne szlaki do przejścia. A jeżeli się potknę i prze przypadek wpadnę do wygasłego wulkanu... No cóż, i tak przeżyję. Takie dziecinne zabawy.
Jedyne, czego będzie mi żal, to tego, że chyba nigdy nie wezmę się na odwagę i nie powiem Lucy, że ją kocham. To zadanie było jakoś najtrudniejsze. Była strasznie cicha, zamknięta w sobie. Zupełnie, jakby przeżywała traumę. Cały czas nosi bluzki z długim rękawem z małym dekoltem i jakoś nigdy nie widziałem jej w mini. Nie dość, że jak dla mnie była najbardziej seksi laską w tej zasranej budzie, to jeszcze musiała być taka... Inna. Zupełnie jak ja. Ona tu nie pasowała i ja też. Ale ona nie ma krwi aniołów w swoich żyłach. Nie ma takiej aury. Zawsze umiem rozpozna czy człowiek jest dobry czy zły, no chyba, ze dobrze się maskuje to go nie sprawdzam. Ale od jakiegoś czasu(Bądźmy szczerzy, przecież ja się w nią wpatruję jak w cud Boży odkąd tu przyjechałem.)nie mogę oderwać od niej wzroku.
Akurat teraz stałem na końcu korytarza i gapiłem się na Lucy jak urzeczony. No może jak jakiś frajer. Nie znoszę tego uczucia. Napawa mnie odrazą, ale nie mogłem się powstrzymać.
Poczułem na swoich barkach straszny ciężar, który przygniótł mnie do ziemi. Słyszałem krzyki i ubolewania, ale one nie dochodziły z korytarza pełnego uczniów. One dochodziły z zupełnie innego miejsca. Obraz miałem niewyraźny więc potrząsnąłem głową. Kiedy postacie zrobiły się na tyle wyraźne, żebym mógł rozpoznać ich twarze, myślałem, że zwariowałem. Jakichś dwóch pedałów, dobiera się do... do...
Lucy, leżała przywiązana do łóżka w samej bieliźnie. Z początku myślałem, że ponosi mnie fantazja, ale gdy ktoś przeszedł przeze mnie zorientowałem się, że to wizja. Ten ktoś szedł dumnym krokiem, jakby wygrał na loterii. Postać stanęła u tup łóżka wpatrując się w Lucy. Dwóch chłopaków patrzyło się na niego z lekką zazdrością. Mimo tego, że dotykali ją gdzie tylko mogli to i tak patrzyli się na swego przywódcę z zazdrością.
Ręce mnie już świerzbiły. Miałem ochotę ich pozabijać, ale gdy zamachnąłem się na kolesia odwróconego do mnie tyłem, moja ręka okazała się tylko mgłą. Tylko dymem, który przeleciał przez jego ciało.
Zamrugałem szybko oczami. Odrazy i odgłosy zaczęły się oddalać, ale postać chłopaka nagle spojrzała w moją stronę. Już wiedziałem, że zabiję go, gdy tylko mi się nawinie. Ręce znów zaczęły mi drżeć i poczułem, że są przylepione go głowy a ja sam klęczę skulony na zimnej podłodze w korytarzu a dookoła mnie stoją moi przyjaciele i wpatrują się we mnie ze strachem. Wyprostowałem się powoli, wstałem i otrzepałem się, jakby nigdy nic. Silne dłonie zatrzymały się na moich ramionach powodując, że zatrzymałem się.
-Co zamierzasz Mateuszu?-Zapytał Nicolas.-Co znaczyły twe słowa?
-Puść mnie.-Warknąłem.-Idę zabić tego, który krzywdzi tą, którą kocham.
Nie mam pojęcia czemu to powiedziałem, ale poczułem się jak jakiś rycerz, który miał iść zabić potężnego smoka. Zacisnąłem ręce w pięści-aż mi kostki pobielały-i ruszyłem pędem przez korytarz. Do naszej byłej gwiazdy sportu. Nie mówię o Danielu, tylko o tej ciocie, która w zeszłym roku była wielkim bohaterem ostatnich zawodów prowadząc drużynę do zwycięstwa.
Podszedłem do niego i zamachnąłem się z całej siły. Tym razem pięść trafiła go pros w szczękę z boku, potem dołożyłem mu jeszcze od dołu i popchnąłem na szafki i z wielką szybkością przyszpiliłem go do szafek tak, że nie mógł się ruszyć.
-O...O co ci chodzi kolo?-Zapytał ta niby wielka „gwiazda sportu”.-Co ja ci zrobiłem?
Z jego nosa toczyła się krew, a nos, rósł w zatrważającym tempie.
-Mi nie, ale pewnej dziewczynie i owszem.-Warknąłem na niego. Jego oczy napełniły się strachem, ale nie na mój widok, tylko na słowa.-Sam się domyśliłem. Taka pomoc z góry.-Wyszydziłem mu prosto w twarz.-A teraz giń śmieciu!
Znów się zamachnąłem, ale ktoś powstrzymał cios, łapiąc mnie za rękę. Trzymał mnie Arek, a reszta chłopaków-Nicolas, Kamil, Daniel i Sam-Próbowali mnie oddzielić od, ledwo żywego, ucznia. Zdałem sobie sprawę, że dusiłem go jedną ręką. Tą wolną, którą się nie zamachiwałem. Jedyny sposób, żeby oddzielić mnie od chłopaka był taki, że z wielką siłą zostałem wyrzucony w tył i wbiłem się w szafki po przeciwległej stronie. Nie ruszyłem się z miejsca i pozwoliłem emocją trochę ucichnąć.
-Jeśli ci życie miłe łajzo-zawarczałem-to nie radzę ci na nią patrzeć, ani nawet zbliżać się do niej!!! Zrozumiano?!
Ledwo żywy przeciwnik pokiwał głową i stracił przytomność.
Wstałem, wyprostowałem ubrania i obróciłem się na pięcie w bok. Ruszyłem jak najszybciej, niemal biegłem. Słyszałem, że ktoś mnie woła, jakaś dziewczyna, ale się nie odwróciłem. Zamknąłem oczy i wyszedłem ze szkoły.

~***~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz