9 grudnia 2011

Rozdział 3

Rozdział3

Jedenasty września, niedziela, aż nie chciało mi się wstawać tak byłam padnięta. Spałam może dwie-trzy godziny. Koszmar. Spać mi się chciało jak nie wiem, a jeszcze mam dzisiaj mecz z Danielem. No po prostu super! Jakby nie mogło być gorzej.
Jeszcze pożałuję tego zdania. Po prostu to czułam.
Spojrzałam na zegarek i niemal nie spadłam z łóżka. Nie dla tego, że stał ktoś w pokoju, tylko dla tego, że było około czwartej! A co do gostka, to serio ktoś stał w pokoju, ale miałam to gdzieś, bo wiedziałam, że nic mi nie zrobi, i że tylko mi się przygląda. Postanowiłam udawać, że go nie widzę, ale za bardzo świeciły się jego o czy. Tak, po prostu jarzyły się czerwienią. Śledziły każdy mój ruch i dodatkowo bez mrugnięcia.
Złapałam poduszkę i rzuciłam w niego. Zaskoczyło go to.
-Spadaj.-Powiedziałam, kładąc głowę na drugą poduszkę.
Nawet nie drgnął. No już! Bez jaj! Co jest z tym kolesiem?
-Powiedziałam coś!-Warknęłam odwracając się do niego.
Koleś patrzył się na mnie ze zdziwieniem. Zupełnie tak jakby myślał, że go nie widzę w tym mroku.
Kiedy tylko potarłam oczy, zobaczyłam jego wyraźne rysy, pełne usta i bladą cerę. Oczy, jak już mówiłam, były czerwone. Niemal jak rubiny! Opierał się o ścianę, a jego czarne, jak węgiel, włosy opadały mu, gdzieniegdzie, na twarz. Całość miała mnie przyciągać, wabić, ale mnie nawet nie ruszał. Mimo, że nie miał koszulki i (pokazywał swoje piękne muły i kaloryfer) krótkie, luźne szorty. Trzymały się jedynie na jego, smukłych, biodrach.
Wstała z łóżka i zaczęłam iść w jego stronę zdenerwowana tym, że nie słucha mojego polecenia. Jak zwykle, miałam na sobie koszulę nocną, sięgającą mi do ud.
Kiedy tylko zobaczył mnie w całej okazałości, zagwizdał. Wkurzyłam się i podeszłam, tym szybkim krokiem, co nie wiem z jaką szybkością się poruszam, do niego i strzeliłam mu z liścia. Zabolało go to. I dobrze niech ma nauczkę... Tyle, że kiedy, tylko moje palce dotknęły jego policzka, buchnęło we mnie zimno, emanujące od tego gostka.
-Ałł.-Potarł dłonią policzek. Jego głos okazał się dźwięczny i kuszący, a oddech słodki i uwodzicielski.-To naprawdę bolało.
Zaśmiałam się drwiąco i pokazałam mu środkowy palec.
-I miało.-Wyszydziłam.
Jeszcze raz ogarnął mnie wzrokiem. Jego wzrok był taki, jakby chciał mnie zjeść.
-Wyluzuj mała.-Powiedział spokojnie kładąc mi ręce na biodrach i wpatrując mi się z intensywnością w moje niebieskie oczy.
Czy on chciał mnie zahipnotyzować? Jeżeli tak, to nie wychodziło mu to najlepiej.
-Czego chcesz?-Spytałam szyderczo, patrząc się na niego jak na idiotę. No jest idiotą, bo zakrada się do mojego pokoju o czwartej nad ranem, nie reaguje na moje polecenia i próbuje zahipnotyzować. Nie no, po prostu DEBIL. Za kogo on się ma?! Zaraz... Ogarnęłam go jeszcze raz wzrokiem. Tak blada skóra i te zimne ręce na mojej talii, oraz te czerwone ślepia. Kurde...
Co WAMPIR robił w moim pokoju?! Nie no ja go chyba zabiję! Mimo tego, że i tak nie żyje.
Położyłam mu dłoń na szyję i zacisnęłam ją kurczowo wbijając paznokcie. Skura była delikatna jak piórko, ale za to twarda jak stal. Ciężko było się przez nią przebić. Dla śmiertelników to nie wykonalne. Strużki jego, niemal czarnej, krwi, spływały mi po palcach i płynęły po jego torsie.
-Czym ty... ? Kim ty... ?-Spytał przestraszony, a może zdziwiony?
Przymrużyłam oczy i zaśmiałam się złowieszczo, zaciskając mu mocniej rękę na szyi.
-Dobrze wiesz.-Odparłam w końcu.-Twoim przeciwieństwem.
Zesztywniał, próbując, bezskutecznie, nawet jak na wampira, się uwolnić.
-Powiesz mi co tu robisz i cię puszczę.-Mój ton nie zmienił się nawet o oktawę i w ciąż był przerażający, mrożący krew w żyłach.
Przestał się majtać. Tak mówiąc szczerze, to zdziwiła mnie swoja siła. Tylko, dlaczego byłam silniejsza akurat od tego nieboszczyka?! To nie miało sensu. Żadnego. Nawet najmniejszego.
-Chciałem... Chciałem... No...-Zaczął się tłumaczyć, aż w końcu wziął głęboki wdech.-Nudzi mi się i chciałem się zabawić...
-I wybrałeś sobie akurat mój pokój?! -Pokręciłam głową.-To będzie z tobą źle.
-A co ty mi możesz zrobić, prócz tego, że trzymasz mnie w żelaznym uścisku?!-Zadrwił.-Nawet nie przeszłaś jeszcze kursu. Pokonałbym cię, i nadal mogę to zrobić, ale mnie zaskoczyłaś. Ty i te twoje Nefilimskie sztuczki.-Prychnął.-Nawet nie wiesz co masz robić.
Ta kropla, przeważyła szalę. Jeszcze trochę i zacisnę dłoń w pięść.
-To, że nie mam czosnku, wody święconej, czy czego wy tam się boicie, nie znaczy jednak, że nie potrafię się obronić!-Warknęłam.-A jakbyś jeszcze nie zauważył, to ja mam nad tobą władzę. Jeden fałszywy ruch i po tobie.
Przełknął ślinę i przeniósł powoli ręce z mojej tali w górę i zatrzymując je na moich piersiach.
Wolną ręką strzeliłam mu liścia w drugi policzek. Znowu się skrzywił, ale nie ruszył rąk nawet o milimetr. Jaka świnia!!! Strzepnęłam jego dłonie, z trudem, ale jednak.
Znowu zaczął czarować mnie wzrokiem. Kurcze! Co miało mi to zrobić?! Zahipnotyzować, żebym robiła mu za striptizerkę?! Czy może jako dostawa świeżej krwi?! Przewróciłam oczami z irytacji.
Jego wyraz twarzy zmienił się z pewnego siebie na zdziwiony.
-Ale jak ty... ?-Zapytał po chwili.
-Zaskoczę cię jeszcze nie raz.-Z mojego gardła wydobył się lodowaty śmiech i niemal, w tym samym czasie, wyciągnęłam pazury z jego szyi i otarłam dłoń o jego pierś, żeby pozbyć się, w większości, jego krwi. Odepchnęłam go brutalnie na ścianę i odwróciłam się na pięcie i poszłam w stronę łóżka.
-A ty!-Wskazałam na niego palcem.-WON!-Wrzasnęłam, nie przejmując się czy ktoś w tym domu się obudzi, czy nie.
Wziął wdech i już go nie było. I dobrze. W końcu spokój. Oczywiście mogli jeszcze wszyscy wparować do mojego pokoju, z pytaniem „Co się stało” albo „O co chodzi?”.
Właśnie... Dlaczego ja obudziłam się w łóżku?! Przecież leżałam na parapecie...
Sprawdziłam szybko, przesuwając dłonią po całym ciele, czy nie mam jakichś śladów po ugryzieniu czy coś. Odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, że nic nie mam. Może Daniel pomógłby mi jeszcze sprawdzić czy to prawda... A właściwie to przecież bym to czuła! A jeżeli nie przedtem to teraz!
Rzuciłam się w pościel i przytuliłam misia, którego dostałam na szóste urodziny.
Prze tego bencwała, nie mogłam przestać wpatrywać się w sufit i nie zmrużyć choćby powieki. Przy następnej sposobności go wypatroszę i nadzieję na pal a następnie podpale i nikt, ani nic, mnie przed tym nie powstrzyma. No może sama Ja. Poza tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że spotkam go jutro w szkole. Nawet nie chciałam o tym myśleć, więc zaczęłam kombinować jakby można było okiwać Daniela.

~***~

Kiedy tylko słońce wyjrzało zza horyzontu, wstałam i poszłam do łazienki. Miałam kaprys dzisiaj na dwie kitki, więc zrobiłam je sobie, zawiązując czerwonymi kokardkami. Nawet nie robiłam sonie makijażu, tylko pomalowałam paznokcie na czerwono. Z szafy wyciągnęłam czerwoną mini i białą bluzkę z wielką, czerwoną truskawką na niej. Nawet udało mi się znaleźć jakieś skarpetki pod kolor.
Do wyboru miałam albo baleriny o czerwonym kolorze i jakieś trampki. Chciałam wziąć baletki, ale skoro dzisiaj idziemy na kosza z Danielem...
W końcu zdecydowałam się na trampki i zeszłam na dół (jak zwykle tak, że nikt mnie nie słyszał). Po zjedzeniu, wyjątkowo dobrego, śniadania postanowiłam obejrzeć telewizję. Chciałam zapomnieć o wszystkim co stało się dzisiaj nad ranem (telewizja odmużdża). O tej porze, leciały tylko jakaś telesprzedaż i naciągacze kasy. Zero filmów, więc postanowiłam obejrzeć sobie bajki. Akurat leciała „Różowa Pantera”. Moja ulubiona bajka, a w dodatku leciały te stare odcinki. To po prostu miodzio! Przy nich mogłam się oderwać od rzeczywistości i zamknąć się w świecie kreskówek.
Co jakiś czas musiałam się zmuszać, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo po „Różowej Panterze” leciał „Miś Yogi”. On i te jego głupie pomysły...
Siedziałam tak chyba godzinę, ale w końcu mi się znudziły (nic już fajnego nie leciało, same bajki dla maluchów) i postanowiłam iść się przejść. Zostawiłam karteczkę na lodówce i wyszłam, zarzucając po drodze na siebie białą bluzę.
Powietrze było ciepłe i wilgotne, a na niebie nie było najmniejszej chmurki. Ptaki latały i świergoliły wesoło. Leciutki wietrzyk zawiewał liście spod drzew a jednocześnie zrywając kolejne.
Całe osiedle, chyba, jeszcze spało, bo nikt nawet nie wyszedł na podwórku. No, ale kto by chciał wychodzić z domu o siódmej z domu? I to w niedzielę? Szłam tak wolno ulicą, że nawet ślimak szedłby szybciej, gdyby chciał.
Uśmiechnęłam się do siebie i, o jakiś jeden kilometr na godzinę, przyspieszyła. Przed oczami zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Najpierw widziałam jakieś czarne plamki, ale potem ta czerń zaczęła mnie zalewać, aż nie widziałam już nic. Kolana się pode mną ugięły i bezwładnie upadłam na ziemię. Z początku czułam potworny ból w kolanach, łokciach, a nawet plecach. Nie wiedziałam nawet czy mam otwarte, czy zamknięte oczy. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, poczułam delikatną trawę. Dokładnie taką, jak ta, która niedawno temu wyrosła, ale była bujna. W powietrzu unosił się zapach ziół i lasu. Wyostrzyłam swoje zmysły i usłyszałam płynący strumyk, a ptaki śpiewały do jej uspokajającego rytmu. Chłonęłam tę chwilę, jak gąbka wodę.
-Otwórz oczy kochanie...-Powiedział czyjś spokojny i melodyjny głos. Zaraz... Ten głos! Nie słyszałam go od... Od urodzenia! Nie... Jak?
Nie mogłam się skupić. Nie wiedziałam co mam myśleć... Co robić... Postanowiłam w końcu, że usiądę. Niepewnie otworzyłam oczy. Obraz mi trochę wirował więc potarłam je rękoma, a gdy tylko zdjęłam dłonie z powiek, ponownie je przetarłam, nie wierząc w to co wodzę.
Przede mną stał, tak dobrze mi znany, wysoki mężczyzna o jasnobrązowych włosach, tak bardzo podobnych do moich. Oczy jak płynąca, przeźroczysta, rzeczka, która łapie każdy promień słońca, powodując, że tęczówki, z płynącej wody, zmieniały się w drogocenne brylanty. Uśmiech od ucha do ucha.
-Tata... ?-Spytałam niepewnie.
Ukucnął przede mną i wyciągną do mnie ręce.
Z zadowoleniem stwierdziłam, że wyglądam jak pięciolatka, w śnieżno białej sukience z wykończeniami delikatnego fioletu. Była po prostu cudowna. Taka delikatna a przy tym miła w dotyku.
Stanęłam na nogi i, chwiejnym krokiem, zaczęłam iść, a właściwie biec, w jego stronę. Rzuciłam się w jego objęcia, a łzy spływały mi po policzkach i wsiąkały w jego białą koszulę, a może szatę. Nie przyglądałam się uważnie jak jest ubrany. Właściwie to w ogóle nie patrzyłam na jego strój, bardziej obchodziła mnie jego osobowość, to że tu jest i mnie przytula.
-Cichutko skarbie. Wszystko w porządku.-Gładził mnie po plecach tak delikatnie... Że od razu robiło mi się lepiej.
-Ale jak? Dlaczego ty... ?-wyszeptałam, choć nie wiedziałam jakie pytanie zadać.
Obrócił głowę i pocałował mnie w skroń. W jego ramionach czułam się taka bezpieczna, a z jego pleców wyrastały potężne, śnieżnobiałe skrzydła. Anioły... Są takie piękne, choć do większości żywię urazę.
-Przyszedłem tu, ponieważ dopiero teraz mogłem się z tobą zobaczyć.-Mówił spokojnym i opanowanym tonem.-Ale zastanawia mnie jedno. Dlaczego mnie rozpoznałaś? Przecież ty...
Nie musiał dokańczać, też nie lubiłam o tym mówić. Od kiedy mi ciebie zabrano... Czyli w roli ścisłości ponad 15 lat temu i od tamtego czasu żadnej z nimi styczności. Z prawdziwymi rodzicami. Tak mi ich brakowało...
-Tak, tak... Wbrew pozorom, pamiętam dokładnie każdą chwilę, od narodzin do teraz. -Łzy nie chciały przestać płynąć mi po policzkach. Głos mi drżał.-Tato...-Położyłam mu swoje malutkie dłonie na twarzy. Uśmiechnął się, ale był to strasznie zaraźliwy uśmiech, aż moje usta się wykrzywiły w szczery uśmiech.-Powiedz, jakim cudem jestem znowu pięciolatką?-Chciałam zmienić temat.
Wzmocnił uścisk, a następnie wstał i przyłożył do mojego czoła swoje. Zaśmialiśmy się jednocześnie. Tak bardzo byłam do niego podobna. Jedyne co mnie od niego odróżniało to fakt, że byłam dziewczyną, a on mężczyzną, no i miałam bardziej delikatne rysy, pełne usta i długie włosy. Tak jak pięcio i piętnastolatka byliśmy swoimi odbiciami. No, ale miałam szczuplejsze biodra i w ogóle.
-To ty nie wiesz, że możesz zmieniać postać?-Zdziwił się.-A poza tym, chciałaś być znowu małą dziewczynką.-Znów się zaśmiał i ponownie pocałował w czoło.
-Wim, że mogę się teleportować, szybko biegać, mieć, niemal, nadludzką siłę, zwinność, o którą nawet akrobaci mogą być zazdrośni i... no nie wiem.
-Latać, szubko się regenerować, ale nie nagle.
Spojrzałam się na niego dziwnie. Jak na idiotę, albo kogoś kto powiedział mi właśnie, że spadnie śnieg w środku lata i to w najcieplejszy dzień w roku.
-Ty możesz, ale najpierw musisz się nauczyć rozkładać skrzydła. Do tego będzie ci potrzebna szkoła dla Nefilim, w której będziesz miała po lekcjach osobne zajęcia...-Zaczął wykład ale go nie skończył.
Znów się we mnie wpatrywał, jakby nie mógł się napatrzeć. Wyszczerzył się do mnie i pogłaskał mnie po głowie.
Łzy cały czas spływały po policzkach. Chciałam, żeby czas się zatrzymał i mogła wiecznie go przytulać, żeby nadrobić te wszystkie stracone lata...
-Chciałem cię tylko zobaczyć...-Odezwał się, po dłuższej chwili, tata.-W końcu, niedługo są twoje szesnaste urodziny...
-Ale mam nadzieję, że wtedy zabierzesz mnie gdzieś na cały dzień! Tylko o to proszę.
Zaśmiał się cicho i świat znów zaczął wirować.
-Nie!!!-Krzyknęłam, ale to i tak nic nie zmieniło.
Pod sobą, poczułam jakąś podłogę z drewna. Zupełnie taką, jaka jest na placach zabaw. Tylko, na którym ja byłam?!
Schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam szlochać. Nic nie czułam, nawet chłodu, lub nawet ciepła. Ptaki już tak żywo nie śpiewały. Wszystko się tak nagle zmieniło. To czyste powietrze i ten zapach lasu, i tego zapachu świeżo skoszonej trawy... Ucichł szum płynącego strumyka, a jego miejsce, zajął gwar bawiących się dzieci. One były szczęśliwe, ale czemu ja teraz nie mogłam? Czemu to sprawiło mi tyle bólu? Cieszyłam się, że zobaczyłam tatę, ale dlaczego znów czułam się samotna? Opuszczona? No może nie tak tragicznie, ale jednak zawsze coś się tam czuło.
-Nic ci nie jest?-Spytał cieniutki,dziecinny, głosik dziewczynki.
Spojrzałam na nią. Była przestraszona, ale chciała mi pomóc. Jej oczy były brązowe, jak kora drzewa i widziałam w nich swoje odbicie. Byłam wciąż tą kilkuletnią dziewczyną. Ale jak?! Myślałam, że to była tylko jakaś wizja czy coś... Ale jak?!
Gdyby stanęła koło niej byłabym od niej wyższa. Przynajmniej o pół głowy. Szczuplutka sylwetka, na którą założona była cieniutka, niebieska sukienka. Niebieskie sandały i niebieskie kokardki wpięte w ciemno brązowe włosy.
Pokręciłam przecząco głową i z powrotem schowałam twarz w dłoniach.
Jakby to miało coś pomóc?! Krzyknęłam na siebie w duchu.
-Daniel!-Nigdy bm nie pomyślała, że ta małą dziewczynka może krzyknąć akurat to imię. Ale to nie musiał być akurat mój Daniel. Czyż nie jest pełno Danieli?! Jest duże prawdopodobieństwo, że to kto inny. A poza tym, on, nie mówił nić o tym, że będzie musiał pilnować kuzynki. Czy kto to tam dla niego była.
Poczułam, na swoich policzkach ten znajomy dotyk dłoni.
-Pokaż, czy nic innego ci się nie stało.-Podniósł mój podbródek tak, żebym musiała na niego spojrzeć.
Odskoczył jak oparzony. Jego źrenice zrobiły się mniejsze i wpatrywały się we mnie w osłupieniu.
-Angela...-Wyjąkał.-Ale jak ty... ? Ale co...?
Uśmiechnęłam się do niego lekko i zacisnęłam powieki, skupiając się na powrocie do swojego teraźniejszego ciała nastolatki. Nie wiedziałam kompletnie, co mam takiego robić! Próbowałam oddychać miarowo i spokojnie. Skupić się na jednej rzeczy, gdy z tego otępienia wyrwał mnie, znowu, ten cieniutki głosik.
-Ale fajna stucka!
Otworzyłam nagle oczy i wpatrzyłam się w Daniela. Ze zdezorientowania i zaskoczenia, jego mina zmieniła się na zamyśloną i pełną zdumienia.
Moja twarz nadal spoczywała w jego ciepłych dłoniach.
Wziął wdech i powiedział, w miarę pewnym głosem.
-Co ci się stało?
Jego wzrok przenosił się z moich łokci na kolana i z powrotem.
-Nic...-Spojrzałam się tak gdzie on i przeżyłam szok! Miałam zdarte kolana i łokcie! Krew zastygałam na łydkach i rękach, a po ranach nie było prawie śladu! Cieniutkie wgłębienia i tyle. Strupy nie zdążyłyby się nawet zrobić, bo ran prawie w ogóle nie było! Dziwne. Nawet nie wiem kiedy ostatni raz się skaleczyłam. Może jak byłam malutka...-A z kąt to się wzięło?!-Spytałam bardziej siebie niż Daniela.
-A nie o to chodzi?-Zdziwił się.
Pokręciłam przecząco głową z dezaprobatą kładąc mu niepewnie ręce na ramiona. Daniel, jakby wyczuł, i przysunął się do mnie tak, żebym mogła się w niego wtulić. Zrobiłam to z ulgą i nierozpartą radością. Przy nim mogłam zapomnieć o bożym świecie. O wszystkim i tylko o nim można było myśleć, ale nie tym razem. Tym razem nie mogłam zapomnieć o tym, co przed chwilą się stało. Ani o kim, kogo przed chwilą widziałam.
-Powiedz, co się stało?-Wyszeptał mi we włosy.
-Nie teraz. Proszę.-Odparłam równie cicho jak on.
Tuliliśmy się jeszcze prze chwilę, aż Daniel zaproponował, że, jak chcę, to wytrę tą zaschniętą krew z kończyn. Ja tam jedynie pokiwałam głową, ale tupot, na za naszymi plecami, sprawił, że spojrzeliśmy w tamtym kierunku.
-Co jest siostrzyczko?-Spytał Daniel.
Co?! Ta mała to jego siostra?! Ale...?! Jak?! Przecież oni nie są, prawie, w ogóle do siebie podobni! To nie miało najmniejszego sensu!!
-Ona jest zazdrosna.-Wytłumaczyłam.-Ona chce, żebyś był jej na wyłączność. Zupełnie jak z moim bratem. On chce, żebym była tylko jego i że nikt inny nie ma prawa się do mnie zbliżyć.
Zaśmialiśmy się. Nie wiem czy to miało jakiś sens, ale może jednak.
-Emma, idź się pobawić, bo zaraz i tak musimy iść do domu.-Uśmiechnął się do niej, a ona niechętnie podreptała w stronę bujawek.
Przeszliśmy, z Danielem, do ławki, koło której, stał wózek. Mój opiekun, wyciągnął chusteczki nawilżające, te dla dzieci, i podał mi je, a ja wzięłam się za wycieranie zaschniętej krwi.

~***~

Szliśmy już z powrotem z parku, w którym znajdował się plac zabaw, na którym byliśmy. Byliśmy na Nevton Street, kiedy zatrzymaliśmy się przed białym domem. Ogródek skalny, u szczytu którego, płynęła woda wprost do małego oczka wodnego, u jego stup. Małe krzaczki, rosły wzdłuż kamiennej ścieżki i kilka mniejszych drzewek, przypominające wierzby, al takie bardziej pokręcone. Dookoła nich rosły, niebieskie i różowe, niezapominajki. Trawa błyszczała się, była soczyście zielona i gęsta. Biały dom, tak jak i płot, pasował do otoczenia i, obydwa elementy, były obrośnięte bluszczem. Nie było widać tyłu ogródka, ale można go było sobie wyobrazić. Drewniana huśtawka pod płotem, osłaniana przez żywopłot.
Daniel, otworzył furtkę, przed którą staliśmy, i przeprowadził przez nią wózek, a następnie pokazał mi ręką, że zaprasza mnie do wejścia. Zrobiłam niepewnie krok do przodu, a potem następny i jeszcze jeden... Te kroki były takie, jakbym próbowała iść w jeziorze, które sięga mi do kolan. Spowolnione tempo. Mój opiekun, zdążył już odpiąć małą Emmę, która, żywo i z entuzjazmem, pobiegła do domu.
Daniel, pochwycił moją dłoń i stanęłam-trochę pewniej-u jego boku. Czułam jak serce mi wali, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Może bałam się spotkania z jego rodzicami... ? Tego co powiedzą, gdy mnie ujrzą... ? To były tylko pytania, ale czy uzyskam na nie odpowiedź? Jeżeli tam nie wejdę to się nie przekonam.
Poszliśmy, razem z moim ukochanym, do drzwi jego domu. Zostawił wózek w przedpokoju, razem z butami.
-MAMO!-Krzyczała Emma. Niemal zawału dostałam.-Mamo!
Smukła kobieta o, farbowanym, jasnobrązowych włosach, zeszła na dół po schodach. Próbowałam porównać ją do Daniela,a właściwie na odwrót. Jedyne, co zdawało się być podobne, to usta i, trochę, rysy twarzy.
-Mamo, mamo.-Trajkotała Emma. Ledwo można było odróżnić, od siebie, słowa.-Wiesz, jaką Angela umie fajną sztuczkę?!-Nie czekała na odpowiedź tylko mówiła dalej.-Najpierw była taka, jak ja, a potem taka duża jak teraz!
Podrapałam się po tyle głowy, ze zdezorientowania. Nie wiedziałam co mam zrobić! Co powiedzieć. Czemu dzieci od razu muszą o wszystkim mówić?!
Daniel, objął mnie ramieniem i poprowadził do przedpokoju, gdzie znajdowali się, już, jego rodzice. Nie był-prawie-podobny do żadnego z nich, no może do swojej mamy. Ale to tylko te rysy itp. Jego ojciec, miał brązowe oczy- dokładnie takie same jak ma Emma- tyle, że czarne włosy. Mogłam jedynie przypuszczać, że jego mama miała te ciemnobrązowe włosy,ale i tak nie mogłam go połączyć, jakoś, z tym facetem. Zero podobieństwa. Nic.
Kiedy tylko Emma, wypowiedziała się, na temat tego, co stało się na placu zabaw, jej rodzice, od razu, spojrzeli na mnie. Ich mama, w przeciwieństwie do ojca, który by pewnie by prychnął z rozbawienia, była spokojna i wyglądała na kogoś, kto wierzy w to co mówi mała dziewczynka. Dziwne. Który rodzic, wierzyłby w bajeczki-małej dziewczynki - wyssane z palca. To spojrzenie, bynajmniej, nie miało sensu. Żadnego. Nawet ja bym w coś takiego nie uwierzyła.
Jej wzrok przesunął się w górę, ze mnie na Daniela, i spojrzała na niego, porozumiewawczo uśmiechając się przy tym przyjaźnie.
-Mam na imię Angela...-Zaczęłam trochę niepewnie, wyciągając przed siebie rękę i idąc w stronę uśmiechniętej pani.
Uścisnęła moją rękę, a, tym samym, uśmiechem obdarzyła i mnie.
-A ja, mam na imię Maryce i jestem matką tej pary aniołków.
Czułam jak Daniel przewraca, z ironią, oczami i cichutkim westchnieniem. Niemal niesłyszalnym. W ogóle, wszystko co robił, było niemal niesłyszalne, aż nudne jest się powtarzać.
-To ty jesteś tą Angelą, o której Daniel cały czas mówi...-Zaśmiał się mężczyzna stojący koło Maryce.-Mam na imię Craig.
Wyciągnął rękę w moją stronę i uścisnęliśmy sobie dłonie.
Daniel, już się zniecierpliwił i pociągnął mnie, delikatnie, w stronę schodów,a stamtąd do jednego, z kilku, pokoi.
Pokój, wydawałby się ogromny, gdyby tona zabawek go nie zagracała. Zajmowały ponad połowę powierzchni pokoju. Jedyne, co było uwolnione od zabawek, była podłoga koło łóżka i biurka. Po prawej stronie, w rogu, stał kojec-taki dla małych dzieci-a koło niego stała szafa z ubraniami. Naprzeciwko dwa duże okna. W drugim końcu pokoju-na środku pod ścianą-stało łóżko, a w rogu, biurko. Tek jak mówiłam wcześniej, nie było zawalone zabawkami. W pokoju, była wyłożona niebieska wykładzina, a ściany, miały podobny kolor.
-Sorki za ten bałagan...-Daniel, podrapał się w tył głowy.-...siostra nie opuszcza mnie prawie na krok.
Odwróciłam się do niego i położyłam mu dłonie w pasie. Zrobił to samo i przysunął się bliżej. Teraz poczułam jego zapach, mydła i perfum. Ten aromat tak ze sobą współgrał, że niemal odurzał. Przygryzłam wargę, żeby nie zrobić nic głupiego, i oparłam czoło o jego klatę. O Matko! Jaki on był ciepły i delikatny. Bycie w jego objęciach to jak przytulanie się do wielkiego-mającego swoje kształty-pluszowego misia!
-Co się stało?-Spytał tak cichutko... tak czule... z taką troską...
Oooh!!! Ja zaraz oszaleję!!! Tyle myśli... On... Nie. Ja stąd idę. Co mam mu powiedzieć?! Prawdę? A może skłamać... A co mi tam. Może mi uwierzyć, a raczej, to zrobi. No bo w końcu jest Nefilim. Chyba, że o tym nie wie-co jest mało prawdopodobne.
Podniósł delikatnie mój podbródek tak, żebym spojrzała mu prosto w oczy. Uciekałam jednak wzrokiem od jego zatroskanego spojrzenia.
-Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć.-Przysunął swoją twarz bliżej mojej tak, że już nie miałam jak jej unikać.-Co się dzieje?
Jego usta musnęły moje czoło, aż zaczynało mi się robić gorąco.
-Tak... Tylko...-Jąkałam się. Nie wiedziałam jak to sformułować.-Ja... To wszystko... To... zdarzenie, które... z d a r z y ł o się... k i e d y ś … W przyszłości... Ja... Nie wiem.
Pogłaskał mnie po głowie i przycisnął swoje wargo do mojego czoła.
-To może, wytłumacz mi chociaż: Jak? Jak ci się udało zmienić postać?
Wzięłam pełen wdech.
-Noo... Musiałabym ci opowiadać wszystko od początku... A trochę tego jest. I...
Położył mi delikatnie palec na usta, a następnie, przytulił mnie mocniej do siebie.
Tylu myśli naraz nie miałam chyba nigdy. Krążyły dookoła mnie jak zmazy. Całe były rozmazane, ale bolesne, aż na sam ich widok czułam strach.
Zanurzył twarz w moich włosach.
-Spokojnie, ja mam czas, wszystko zrozumiem.-Szeptał.-A przynajmniej postaram się zrozumieć.
Wyplątałam się z jego objęć i, niechętnie, odwróciłam się do niego plecami. Jedną dłoń przycisnęłam do twarzy, żeby się na rozpłakać.
-Może zróbmy tak.-Położył mi rękę na ramieniu.-Ty opowiesz mi swoją historię, a ja ci opowiem swoją.
Otworzyłam ze zdziwienia oczy i spojrzałam na niego. Też się skrzywił. Czyli miał coś na sumieniu? Albo też coś złego, ale na pewno nie tak jak moje. No może.
Wzięłam głęboki wdech i wyszeptałam:
-Dobrze

~***~

No, a więc... To wszystko zdarzyło się, gdy byłam jeszcze mała. Nie miałam nawet roczku... Miałam swoją niańkę. To był mój taki „Anioł Stróż”. Co prawda był aniołem... No... i pewnego dnia, rodzice, musieli wyjechać. Nie na długo. Dosyć często gdzieś wyjeżdżali, ale na kilka godzin. Tego dnia też. „Stróż” został ze mną, jak zwykle. Zawsze był dla mnie miły, uśmiechnięty. Lecz, kiedy tylko rodzice zniknęli, on zaczął się zmieniać. To było potworne.-Pisnęłam na samo wspomnienie o tym.-Zamiast jego pięknych, śnieżnobiałych, skrzydeł, wyrosły jakieś płonące z zakończeniami kolców. Jego twarz poszarzała i zaczęła pękać, a z pęknięć wybuchły płomienie. Anielska szata na nim spłonęła, zostawiając tylko brudno-czarną przepaskę. Palce, zmieniły się w szpony. Wszystko zaczęło wirować a on rósł. Ciało miało pełno blizn i było przeraźliwie szare. A kiedy spojrzałam w jego oczy, aż łzy mi popłynęły, stały się czarne jak węgiel, a nawet i ciemniejsze. Promieniowało od nich zimno i żądza mordu.
Stałam w łóżeczku i patrzyłam na niego. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Cokolwiek bym nie zrobiła, on i tak by mnie znalazł. Krzyczałam ze strachu, a on i tak rósł, rósł, rósł... Kiedy przybrał wielkość mojego domu, wskazał na mnie palcem. Ciemność dodawała mu charyzmy. Kręciło mi się w głowie od krzyku i tego wiru powietrznego, co utworzył się wokół niego. Zacisnęłam powieki i poczułam pod swoimi stopami coś twardego. Zupełnie, jakby, drogę. Było cicho, więc otworzyłam, niepewnie oczy. Znajdowałam się na środku drogi-skrzyżowaniu. W końcu mogłam złapać oddech, a nóżki się pode mną ugięły. Myślałam, że już po wszystkim, ale się myliłam.
Wiatr zaczął wiać,a wszędzie było pusto. Zaczął wzrastać na sile i przede mną znów ukazała się ta przerażająca karykatura. Zaśmiała się tak chłodno i władczo. Wyśmiewała się zemnie. Już myślałam, że mnie pochwyci, kiedy prze teleportowały się anioły. Ich biała poświata zupełnie nie pasowała do tej okoliczności. Zaczęli rozmawiać, a właściwie szydzić, z demona. Nie rozumiałam co oni mówią. Chyba rozmawiali po łacinie, lub w jakim starodawnym języku. Wyciągnęli przeciw niemu miecze. Przy rozmiarze tego diabła, wydawały się być wykałaczkami.
Chwilę później teleportowały się kolejne postacie. Nie miały tej samej poświaty co anioły. Właściwie, w ogóle nie świeciły, ale jedyne co ich łączyło z aniołami to miecze. Tylko, że te szable miały czerwono-rubinowe wykończenia. Można powiedzieć, że utworzyła się z nich armia. Cała armia przeciw jednemu gigantycznemu monstrum, które znów zaczęło rosnąć. Wybuch gorącego wiatru oderwał mnie od ziemi i rzucił na drugi koniec ulicy. Reszty to nawet nie ruszyło, no może trochę w tył.
Zauważyłam jak z szeregu odwraca się do mnie postać. Na twarzy mojego taty pojawiło się przerażenie. Już wybiegał z szeregu, kiedy ktoś pochwycił mnie od tyłu i znów się gdzieś przeniosłam, a właściwie to ta postać to zrobiła.
Znaleźliśmy się na tej ulicy. Wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Bardziej młodo. Stanął prze jakimś domem. Tym samym, w którym mieszkam. Odwrócił mnie tak, żeby zobaczyć moją twarz. Nie za bardzo pamiętam jak wyglądał, ale wiem, że jeżeli go spotkam to go rozpoznam. Machnął mi ręką przed oczami i zapanowała ciemność. Ocknęłam się w czyiś ramionach. Nie czułam tego samego otaczającego mnie ciepła. To była już inna osoba. Inne zatroskane ręce mnie trzymały. Serce tej osoby waliło jak oszalałe. Kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam Lenę, a obok niej stał Mikel. Cali zatroskani.
Przygarnęli mnie. Przez kilka miesięcy, prawi w ogóle nie jadłam. Leżałam cicho, skulona w łóżeczku. Próbowali mnie rozśmieszać zabawiać, ale ja za bardzo myślałam o rodzicach. Czy oni jeszcze żyją.
Kiedy, pewnego dnia, przyśnił mi się tata powiedział wtedy, że nie mam się bać i że na pewno mnie odnajdzie. Od tamtej pory wszystko się zmieniło . Mój świat nabrał barw. Państwo Grim, ucieszyli się, że zaczęłam się uśmiechać, bawić z nimi i w ogóle. Poświęcali mi każdą wolną chwilę. Nawet, kiedy przychodzili do nich goście, byłam ich oczkiem w głowie. Zapisali mnie do przedszkola, a później zaczęła się szkoła. Prawie zapomniałam już o swoich rodzicach. No może nie płakałam na ich wspomnienie. Teraz to państwo Grim byli moimi rodzicami. Tymczasowo, ale zawsze. Nie próbowali nauczyć mnie, żebym mówiła do mich „mama, tata”. Wszystko było dobrze do trzeciej klasy. Wtedy wszyscy się ode mnie odwrócili. Bali się mnie. Jedynie zastała, u mojego boku, Liz. Nie grałam od tamtej pory na wf-ie. Z czasem się wszystko unormowało i znów cieszyłam się przyjaciółmi. A teraz to.
Kiedy szłam dziś rano na spacer-a było dość wcześnie- zaczęło mi się robić ciemno przed oczami i upadłam na żwir. Pamiętam jeszcze, że obudziłam się na spokojnej polanie, na której, ukazał mi się tata. To był dla mnie szok. I, nie wiem jak ja to zrobiłam, zmieniłam się w tą małą dziewczynkę. Dowiedziałam się od niego, że jeszcze nie jedno potrafię, ale o taj mocy nie wiedziałam. Rozmawialiśmy trochę, aż nagle zniknął. Cała zielona kraina przepadła. Wszystko zaczęło się kręcić, aż, zamiast trawy, poczułam deski. Nie wiedziałam gdzie jestem do puki twoja siostra się do mnie nie odezwała. To wtedy otworzyłam oczy i ujrzałam plac zabaw. A to, że akurat ty tu byłeś, to było dla mnie szczęście. Nawet nie wiesz jakie. I to, że mnie rozpoznałeś. Nie mam pojęcia co bym zrobiła, gdyby cię tam nie było. Pewnie siedziałabym tam nadal i płakała, aż w końcu ktoś by do mnie podszedł, tak jak twoja siostra, i pewnie bym uciekła.
To jest cała moja historia w dużym skrócie.

~***~

-To jest naprawdę straszne.-Odpowiedział po chwili Daniel.
Siedzieliśmy na jego łóżku. Przytulał mnie mocno do siebie, bo płakałam i nie mogłam tego powstrzymać. Cała się trzęsłam. Po raz pierwszy opowiedziałam komuś historie mojego życia. Wiem, że pewnie jak tak opowiadać, to może nie wydawać się straszne, ale dla takiego małego dziecka, jakim ja byłam, to było przerażające. I rozdzielenie cię z twoimi rodzicami. Taki maluch, nie powinien tego pamiętać, ale jedną z naszych umiejętności takich dziwaków jak ja, było to, że pamiętamy wszystko. No może prawie. Ale od pierwszych chwil zapamiętuje się niemal wszystko, dlatego też zaczynamy mówić o wiele szybciej od swoich ludzkich rówieśników.
Pociągnęłam kilka razy nosem i wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się choć trochę uspokoić.
-To... Teraz...-Kolejny głęboki wdech.-Twoja kolej...
-Dobrze, tylko się najpierw uspokój.
Wsłuchiwałam się w bicie jego serca. Tak naprawdę, tylko ten dźwięk mnie, najskuteczniej, uspokajał. Po minucie, już było OK, ale nadal się w niego wtulałam.
-No dobrze...-Zaczął swą opowieść.- To... Kiedy miałem pięć lat słyszałem, jak mój tata mówił Maryce, że musi odejść. Cały czas powtarza, że chce zostać, ale nie może. Mama go błagała, żeby nie odchodził. Ale inaczej nie mógł postąpić. Mówił coś o jakiejś wojnie, która wymyka im się spod kontroli i, że nie wie, ile ona jeszcze potrwa. Kilka, lub, nawet, kilkadziesiąt lat. Pożegnał się ze mną w jakiś sposób. Poświęcając mi jeden i ostatni dzień. A kiedy usnąłem, odszedł. Mama była zrozpaczona. Cały czas płakała. Nie mogła się pozbierać po stracie. Gdyby nie to, że jej rodzice mieszkali niedaleko, to nie wiem, czy przeżyła by tydzień. Nie chodziła nawet do łazienki. Po kilku dniach odwodnienia zabrali ja do szpitala. Dopiero tam doszła do siebie.
Kiedy wyszła, nie mogłem nawet koło niej przejść, żeby mnie nie wzięła w objęcia. Musiałem ją omijać szerokim łukiem, ale czasem się nie dało. Po 2-3 latach jej przeszło. Kiedy miałem dziesięć, lat poznała Craiga. Wyciągnął ją z dołka. Po dwóch latach udało mu się jej oświadczyć.
-Co to znaczy: „Udało”?
-Ona odrzucała zaręczyny za każdym razem. Po dwudziestym razie, uległa. Craig się nie zniechęcał. Za bardzo jest w niej zakochany. Wzięli ślub i, mnie więcej, rok później, urodziła się Emma. Może i jest młodsza i jeszcze dużo rzeczy nie rozumie, to i tak jestem oczkiem w głowie Maryce dlatego tak zajmuję się siostrą.
Maja historia, nie umywa się do twojej. W ogóle.
Przeszło mi drżenie rąk, ale pojawiło się coś innego. Pragnienie. To było dziwne, ale zaryzykowałam.
Odwróciłam się do niego tak, żeby zobaczy jego twarz i, nie zastanawiając się dłużej, pocałowałam go, odwracając się całym ciałem w tą samom stronę, co głowa. Położyłam dłonie na jego klatę, a następnie zacisnęłam pięści, w których, znalazł się materiał jego bluzki, i przyciągnęłam do siebie. Położył mi ręce na talii i przycisnął mnie bliżej zsuwając się na plecy. Dłonie, położyłam na twarzy Daniela i przycisnęłam mocniej do siebie. Ta mocno go ściskałam, jakbym miała nadzieję, że połączymy się, jak plastelina.
U mnie, jako pierwsze, wystrzeliły emocje. Coś innego sterowało moim ciałem, cała namiętność, jaka się we mnie zbierała przez te dni. Przy innych chłopakach te uczucia się kumulowały, ale nie dały się ze mnie wycisnąć tak, żeby obdarzyć mego wielbiciela. Daniel, też nie zdawał się zauważać świata-przynajmniej teraz. Czułam jak dłonie, wodzą po moim ciele. W górę i w dół. Czułam jak dookoła, otacza nas pustka. Byliśmy tylko my i nikt poza tym. Czas się zatrzymał a my mieliśmy całą wieczność tylko dla siebie. Prawie zapominaliśmy o oddechu. Braliśmy go tylko, gdy już nie mogliśmy wytrzymać. Już miały postąpić kolejne kroki. Ubrania miały paść na podłogę, a my mieliśmy być splątani ze sobą pod kołdrą, ale jednak, nie byliśmy sami. I to był błąd, nasz błąd.
Kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, aż podskoczyłam. Cisza otaczała nas z wszech stron, aż tu nagle: Dźwięk. Tak nagły i niespodziewany, ale głos, który odezwał się później, był spokojny i lekko rozbawiony.
-Może tak, zeszlibyście na dół... Na obiad...-Rozbrzmiał łagodny głos Maryce.
Niechętnie oderwaliśmy się od siebie.
-Zaraz.-Odpowiedzieliśmy jednocześnie. Zdyszani.
Kiedy tylko usiadłam, poczułam jak cieniutka strużka, jakiegoś płynu, spływa mi od kącika ust i kieruje się, wolno, w dół. Otarłam ręką to miejsce i okazało się, że to krew. Spojrzałam na Daniela. Miał prawie tak samo, tyle że, nic nie spływało mu po brodzie. Uśmiechnął się do mnie i pociągnął do siebie.

~***~

Byliśmy już w połowie drogi na boisko szkolne, żeby zrealizować nasz zakład. Nie mogłam się doczekać, żeby w końcu grać tak jak lubię! (To znaczy robić różne piruety podczas skoków, skakać na trzy metry i wyżej, itd.)
Przez całą drogę, Daniel,trzymał piłkę pod pachą i opowiadał mi o swoich sukcesach sportowych w swojej ostatniej szkole. Wydawałoby się, że to będzie nudne, ale mimo wszystko, podobało mi się. Momentami było zabawne, a nawet poważne! Nauczycie od wf-u ponoć płakali na zakończeniu poprzedniego roku, bo stracili swoją Gwiazdę! Po drodze, dorzucałam też swoje komentarze i kilka zabawnych historyjek.
Słońce już zachodziło i niebo robiło się pomarańczowe. Przejeżdżających obok samochodów, zrobiło się mniej. Po ulicach chodzili jeszcze ostatni spacerowicze i, jak się dobrze wsłuchać, koncert świerszczy.
Przeszliśmy przez bramę i już byliśmy na boisku. Rzuciliśmy bluzy pod jeden z koszy-Daniel plecak. Wzięłam piłkę i przymierzałam się do kosza. Przyznam się, że dziwnie mi było teraz grać. Zwłaszcza po tym po robiłam na wf-ie- to znaczy: tylko lekko podawałam piłkę albo w ogóle nie grałam. Tak właściwie, to dziwnie było grać w cokolwiek! Z Liz nie miałam co próbować, bo wołami ją nie zaciągną do jakiejkolwiek gry-bo sobie by paznokcie połamała. Szczerze, to ona prawie w nic nie potrafiła grać, ale była o wiele lepsza w innej dyscyplinie. Moda i, co najważniejsze!, umiała pocieszyć! Nie ma drugiej takiej na świecie! Z niejednego dołka mnie wyciągnęła, a gdy ona była przybita, pocieszałam ją jej sposobami. Nie raz byłam dobita, zwłaszcza dlatego, że dzieciaki bały się mnie w podstawówce.
Przeszliśmy na środek boiska.
-Ty zaczynasz.- Uśmiechnął się.- I tak nie masz ze mną szans!
-To ty nie masz ze mną szans, Nefilku!
-A ty co? Anioł?
Posłałam mu chytry uśmieszek.
-Co?
-Twoja matka to człowiek, moja, Nefilim.-Wytknęłam mu język i pobiegłam w stronę jego kosza.
Udało mu się mnie wyprzedzić i zastawić drogę, ale to i tak nic nie zmieniło. Podskoczyłam, odbiłam się od jego ramienia i poleciałam w stronę kosza. Piłka trafiła centralnie do środka, a ja, zawisłam na nim. Zaśmiałam się i puściłam obręcz delikatnie opadając na ziemię.
-I co?-Spytałam z nutką tryumfu w głosie.-Nadal sądzisz, że mnie pokonasz?!
-Jest jeden do zera, a my gramy do pięciu!
Zabrał mi piłkę z rąk i ruszył w stronę mojego kosza. Stałam w miejscu i śmiałam się. On myśli, że mnie pokona! Nawet nie drgnęłam, a znalazłam się cenralnie przed nim. Wpadłby na mnie, ale zabrałam mu piłkę i pojawiłam się przed jego koszem- a właściwie, to na nim. Wrzuciłam, niby to od niechcenia, piłkę w obręcz, następnie kładąc tam stopy.
Pokiwałam, ze zrezygnowaniem, głową i prychnęłam.
-I ty nadal twierdzisz, że mnie pokonasz?-Zadrwiłam.
Chwycił piłkę i odwrócił się do mnie plecami. Przymierzył się do kosza, a następnie pchnął piłkę w tą stronę. Aż westchnęłam z irytacji. Tym razem miałam ochotę „polatać”. Wyprostowałam się, a następnie mocno wybiłam w stronę lecącej piłki- oczywiście nie w moją stronę tylko ode mnie. Złapałam ją-spadając, i robiąc salta w powietrzu, na ziemię.
Stanęłam na równe nogi i poodbijałam piłę od ziemi, a następnie rzucając ją do kosza Daniela. On zaś, zaplótł dłonie na piersi jedną ręką podpierając podbródek. Wyglądał teraz niemal jak ta słynna rzeźba Myśliciela tylko, że nie mam pojęcia, gdzie się znajduje!
Duża pomarańczowa kula, wpadła dokładnie tam, gdzie miała. Do środka obręczy.
-Trzy zero, kochanie.-Spojrzałam na niego drwiąco. Nawet nie drgnął!
Po chwili stania w bezruchu, spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
Odwrócił się, wziął piłkę i zaczął nią kozłować. Postanowiłam się nie ruszać i obserwować jego poczynania. Podchodził coraz bliżej, wciąż odbijając piłkę o ziemie, i minął mnie, jakby nigdy nic! Zaczęłam iść za nim, ale nie zmieniła swojego tępa. Cały czas szedł powoli i spokojnie. Doprowadzało mnie to powoli do szału! Ja chciałam wigoru! Jakbym chciała spacerek, to już dawno by mnie tu nie było, tylko gdzieś poza miastem, lub dalej! Stanęłam przednim wytrąciłam mu piłkę z rąk, łapiąc go w pasie.
-Nie stać cię na nic więcej?-Spytałam lekko zasmucona.
-Wiesz, nie mam pomysłu na ciebie. Jak mam cię minąć?!
Położyłam głowę na swoim ramieniu i wyszczerzyłam się do niego.
-A jak myślisz?-Zatrzepotałam rzęsami.
Wybuchnął śmiechem, ale zaraz spoważniał słysząc czyjeś kroki i głośnie rozmowy. Spojrzałam mu przez ramię-Daniel też tam spojrzał- i ze zdziwieniem stwierdziłam, że idą w naszą stronę wszyscy chłopacy z sobotnich naborów do drużyny koszykarskiej. Ustawili się jak na zbiórce, ale nie nadepnęli na betonową płytę, która służyła jako boisko. Wszyscy zamilkli.
-Ile jest?-Spytał któryś z chłopaków.
-Trzy zero.-Odpowiedziałam.
-Dla?-Znów spytał ten sam głos.
-A jak myślisz?-Zadrwiłam z niego.
-Daniela?-Odpowiedział z taką samą drwiną jak moja.
Wybuchnęliśmy, z Danielem, głośnym śmiechem. Patrzyli się na nas ja na idiotów.
-Drake! Ja nie mam z nią najmniejszych szans!-Krzyknął mój ukochany.
Wszystkie spojrzenia padły na mnie. Wytknęłam im język.
-Tak, jak on ci się daje to możesz sobie wygrywać, ale na pewno ze mną byś nie wygrała. Ja nie daje forów jak twój chłoptaś.-Warknął Drake.
-Kto jeszcze, prócz mojej babci, używa takich słów jak „chłoptaś”?!-Wszyscy zaczęli się śmiać, tylko nie osoba, z którą prowadziłam konwersacje.- Proszę bardzo!-Położyłam ręce na biodrach idąc w jego stronę. -Chodź tu i pokonaj mnie! Dziaduniu.
Znów wszyscy zaczęli się śmiać oprócz Drake'a. Zaczął się robić czerwony na twarzy! No nieźle!
Rzuciłam mu piłkę, ale on pokręcił głową oddając mi ją.
-Mam swoje reguły. Kto jest słabszy ten ma piłkę.-Powiedział już całkiem spokojnie Drake.
-No to, czemu oddajesz mi piłkę?-Zdziwiłam się.
Znów rozległy się ciche śmiechy.
Ze spojrzenia Drake'a wynikało, że nie przyjmie sprzeciwu. Wzruszyłam jedynie ramionami i przymierzyłam się do kosza. To nic, że stałam na połowie boiska...
Drake zaczął się śmiać.
-No chyba nie chcesz z tond rzucać!-Powiedział.
-Nie lekceważ jej.-Rzucił Daniel, który stanął obok chłopaków przypatrujących się naszym rozgrywką.
-Żeby było ciekawiej, załóżmy się o coś.-Zaproponowałam.-Jeżeli ja wygram, zafunduje ci wycieczkę na szkolny dach. Nie zmęczysz się przy wchodzeniu. Tak naprawdę to nie ruszysz się z miejsca.-Uśmiechnęłam się pogardliwie.
-Ok. Wiem, że to niemożliwe, więc się zgadzam.-Odparł Drake.-Ale, jeżeli ja wygram to...-Podrapał się po brodzie w zamyśleniu, aż na jego twarzy zawitał chytry uśmieszek.-Pocałujesz mnie!
Zaczęłam się śmiać, ale po chwili się uspokoiłam wycierając łzy.
-Oj, chyba nie skorzystam z tej propozycji. Nie kusi mnie to.
Znów przymierzyłam się do kosza i pchnęłam piłkę, która wpadła do środka obręczy, przy tym nie dotknęła jej nawet!
Drake'owi opadła kopara ze zdziwienia! Ale szybko się otrząsnął i powiedział:
-Szczęście początkującego.-Pochylił się po piłkę, która przyturlała się pod jego nogi.-Mamy trzy próby. Kto trafi więcej razy wygrywa.
Wzruszyłam ramionami i stanęłam przed nim.
Jeden z chłopaków-blondyn o granatowych oczach-podszedł do nas i wziął piłkę od Drake'a i powiedział:
-To ma być czysta gra.-I rzucił piłkę do góry.
Podskoczyłam wystarczająco wysoko, żeby złapać piłkę przed Drake'iem, zrobiłam piruet z piłką dookoła niego i rzuciłam piłkę do kosza.
Drake był wściekły. Po prostu kipiał z tej wściekłości!
Jeżeli tak ma wyglądać mecz z nim to mogę sobie usiąść i patrzeć czy trafi.
Znów piłka poleciała do góry, ale tym razem stałam i postanowiłam nic nie robić, do czasu, aż będzie się przymierzał do rzutu. Nie musiałam długo czekać. Próbował zrobić dokładnie to co ja-trafić do kosza ze środka boiska. Pobiegłam jak najszybciej umiałam-prawie się przemieszczałam-i złapałam piłkę w locie. Byłam pod swoim koszem-do tego kosza celował Drake- i rzuciłam piłkę do kosza mojego rywala.
Kiedy zauważył, że trawiłam, myślałam, że wybuchnie z wściekłości! Śmiałam się z niego. W tle słyszałam jak chłopacy krzyczą: „Mówiłeś, że jesteś dobry!”, „Uuu... Dziewczyna cię leje!”, itd.
-Jeszcze jeden i wygrałam!-Wytknęłam mu język.
-Jeżeli trafisz i zostają jeszcze mi trzy żuty!-Krzyknął wkurzony Drake.
Westchnęłam z irytacją. Czy on nie rozumie, że nie ma ze mną szans?! Najwyraźniej nie. Zadufany w sobie dupek!
Piłka znów wystrzeliła do góry. Znów złapałam ją przed Drake'iem. I znów trafiłam do kosza! Z nim gra w kosza to jak zabranie dziecku lizaka, a nawet i lepiej!
Podałam piłkę temu nieudacznikowi. Był cały czerwony na twarzy! Aż się zaśmiałam tak świdrował mnie wzrokiem.
-Dalej!-Krzyknęłam na niego.-Pokaż że trafisz wszystkie trzy piłki ze środka boiska i to tak jak ja!
Nie odpowiedział.
Stanął na linii mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. I rzucił! Piłka jedynie lekko musnęła obręcz koła, ale żeby trafić brakowało o wiele więcej niż troszkę.
Zaczęłam się z niego nabijać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz