1 grudnia 2011

Rozdział 2

Rozdział2

Rano obudziłam się w tej samej pozycji co usnęłam. Czyli leżałam na Danielu. Wpatrywał się we mnie z uśmiechem co spowodowało, że dostałam rumieńców. Niemal za każdym razem, gdy się uśmiechał dostawałam rumieńców, ale tym razem było inaczej. Myślałam, że zaraz dostanę palpitacji serca! Waliło mi o żebra, jakby chciało się wydostać, uciec. Żeby się uspokoiło próbowałam metody głębokiego oddychania, ale i tak to nic nie dawało.
Palce Daniela lekko otarły mój policzek i zatrzymały się na ustach. Myślałam, że serce mi zaraz eksploduje! Zamknęłam oczy i usta mojego opiekuna dotknęły moich. Szalony rytm serca powoli zwalniał, aż w końcu ustabilizował się.
-Lepiej?-Spytał Deimon szepcąc mi do ucha.
Pokiwałam głową niepewnie. Położyłam mu głowę na piersi i patrzyłam jak mój palec po niej jeździ.
Co ja sobie myślę?! Znamy się może jeden dzień, a już się całowaliśmy, i spaliśmy ze sobą, ale w innym kontekście tego sformułowania. Aż boję się wejść do szkoły trzymając go za rękę. Dziewczyny będą świdrować mnie wzrokiem, co jest pewne, obgadywać z zazdrości itd. Pewnie będą mówić „Dlaczego ona?! A nie ja?!”. No, mówi się trudno, a żyje się dalej.
Najważniejsze, żeby nikt w szkole, nawet Lizi, nie dowiedział się, że Daniel u mnie spał, bo jeszcze to źle zinterpretują. Właściwie to najlepiej, żeby nic nie wiedzieli, ale tak się nie da, bo przecież widzieli jak mnie zabiera, tym swoim, motorem.
Dla nastolatków, każdy powód jest dobry, żeby kogoś obgadywać, albo znaleźć jakiś temat, o którym chętnie dowie się cała szkoła. Nawet jeżeli rodzice mają się zjawić w szkole. Prawie każdy che jakoś zaistnieć. Zapisać się w pamięci i szkoły, i znajomych, dlatego większość stara się dostać do drużyny. Naszymi asami są siatkarze, choć nie doszli do najwyższego szczebla, ale i tak doszli wysoko. Daniel mówił, że chce iść na kosza. No, jeżeli ma na tyle siły, żeby patrzeć jak gracze robią z siebie ofermy. Może to on będzie asem drużyny i poprowadzi ją do zwycięstwa. Oby. Każdy by się cieszył, że może się odegrać na Seit Roos, drugim liceum w Nibush. Wygrywają co roku z nami w kosza, niemal jadą nas do 0!
-O czym myślisz?-Spytał Daniel.
-O śniadaniu!-Wolałam skłamać, jeszcze bym się przeliczyła.
No co prawda nikt mnie nie pokona, ale cała szkoła nie musi o tym wiedzieć. Nigdy nie przejawiałam entuzjazmu do sportu po wypadku z piłką nożną, gdy miałam osiem lat. Wywijałam takie piruety z piłką, że nikt nie mógł mi jej zabrać, ale gdy już kopnęłam piłkę do bramki złamała bramkarzowi rękę. Nie możliwe, a jednak prawdziwe.
Pamiętam również, że po tamtym zajściu dzieciaki zaczęły się mnie bać. Jedynym kto przy mnie wytrwał, była Lizi. Jako jedyna nie przestała mnie lubić.
-No to na co jeszcze czekamy?!-Zażądał Daniel.
-Mam ochotę na hamburgera z podwójną porcją surówek, a ty?
Podrapał się po brodzie w zamyśleniu.
-Pizze, ale sam jej nie zjem.-Odpowiedział po dłuższej chwili.- Może Mike będzie chciał!-Uśmiechnął się.
Mike się na pewno ucieszy. Właściwie to wolałby pewnie zostać ze mną sam w domu albo przynajmniej bez Daniela. Za bardzo, jak dla mnie, jest o niego zazdrosny. Tak. Młodsi bracia zawsze muszą postawić na swoim i tego właśnie nie lubię. Och! I po co ja mówiłam rodzicom o bracie! A właściwie mogłam zwalać na niego większą winę i nadal zgrywać niewiniątko, chociaż prawie nigdy tego nie zrobiłam. Za bardzo się z nim w pewnych kwestiach dogadywałam.
Wstałam z łóżka i pociągnęłam Daniela za rękę, żeby za mną poszedł. Gdybym miała więcej siły pewnie by spadł. Wyszliśmy na korytarz i udałam się, ciągnąc go za sobą, do pokoju rodziców.
-A co my tu robimy?-Zapytał Deimont.
-No chyba nie chcesz chodzić w tej bluzce 2 dzień?!
-Ale co to ma wspólnego z pokojem twoich rodziców?-Zdziwił się jeszcze bardziej.
Przewróciłam oczami i podeszłam do szafy. Przejrzałam pułki od góry do dołu i zatrzymałam się na najniższej. Poprzewracałam kilka bluzek, aż w końcu znalazłam czerwoną bluzkę w białe palmy, pasujących do jego spodni khaki. Rozłożyłam koszulę na ramionach Daniela sprawdzając czy będzie dobra.
-Powinna pasować.-Odezwałam się w końcu.- Może będzie trochę za duża, ale to nic.-Uśmiechnęłam się do niego szczerząc zęby.
Pokręcił głową, ale wziął koszulę, a tą co miał na sobie ściągnął. Miał własny sześciopak, kaloryfer, na brzuchu i do tego umięśnione ramiona. Na jednym z nich, niemal na barkach, wił się łańcuch kolczasty. Oplatał mu rękę dookoła. Cały obrazek był czarny jak tusz, ale i tak wyglądał ślicznie. Wydawał się dość realistyczny jak sam Daniel! Korciło mnie, żeby go dotknąć.
Zarzucił na siebie danom mu,przeze mnie, koszulę.
-I jak?-Spytał wyciągając wzdłuż siebie ręce i obracając się o 360^
Podeszłam do niego i złapałam go za końce koszuli i przysunęłam się do niego bardziej, nie patrząc mu w oczy, tylko na końce koszuli. Zapinałam guziki, jeden po drugim, od dołu do góry, zostawiając ostatnie trzy nietknięte.
Spojrzałam mu w oczy. Świeciły się jak czysty strumyk odbijający promienie słońca w letnie popołudnie. Potarł palcem mój, lekko zarumieniały, policzek.
-A co ja zrobię z tą bluzką?-Wskazał podbródkiem na koszulę która leżała na łóżku.
-Spokojnie oddam ci ją.-Znowu wyszczerzyłam do niego zęby.
-A ty?-Spytał spoglądając na mnie od góry do dołu.
-Poradzę sobie.
Odwróciłam się od niego, wyciągając go na korytarz. Zeszliśmy po schodach na dół.
Mike, siedział z założonymi rękami rękami przed telewizorem i ze znudzeniem oglądał bajki. Kiedy tylko usiadłam koło niego na kanapie, przytulił się do mnie.
-Dobra, dobra.- Powiedziałam do brata.-Co powiesz na pizze?
Spojrzał na mnie. Na jego twarzy znów zawitał uśmiech. Przyjęłam to jako tak i podałam im kartki z pizzeri, żeby wybrali sobie to na co mają ochotę.
Po kilku minutach powiedzieli na co mają ochotę i położyli kartki na stolik. Wpisałam numer do telefonu z menu i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
Po złożeniu zamówienia, poszłam na górę, zostawiając chłopaków samych. Miałam tylko nadzieję, że się nie pobiją.
Na samym początku weszłam do pokoju rodziców i wzięłam, pozostawioną przez Daniela, koszulę, którą następnie wrzuciłam do prania. Korzystając z okazji, że już tam się znalazłam, zrobiłam sobie demakijaż. Miałam wodoodporny tusz i podkład. Nie zajęło mi to dużo czasu. Po skorzystaniu z toalety, ubrałam się w jasnoniebieskie dżinsy i śnieżnobiałą bluzkę. Włosy splotłam w dwie kiteczki i zeszłam na dół.
Usiadłam pomiędzy Mikiem a Danielem. Deimont objął mnie ramieniem i przyłożył usta do mojego ucha.
-Pięknie wyglądasz Aniele.-Mimo tego, że jego usta lekko dotykały mojego ucha, i tak zacisnęłam rękę w pięść, żeby nie zrobić nic głupszego. Tego co, na przykład, gdy Mike mówił, że jestem dla niego jak anioł stróż.
Wzięłam kilka głębokich oddechów.
-Co masz do aniołów?-Spytał Daniel obojętnym tonem, ale jednak dało się wyczuć chęć dowiedzenia się prawdy.-Coś ci zrobiły?
Tym razem westchnęłam nie wiedząc, co by można powiedzieć. Zdecydowałam się na najprostszą odpowiedź.
-Wszystko.-Wysyczałam.
Spojrzał się na mnie zaskoczony, jakby zastanawiał się dlaczego. Na jego twarzy nie było nawet cienia tego, że uważa mnie za wariatkę, wręcz przeciwnie, że w jakiś sposób mnie rozumie. To było dziwne! Nie znałam go prawie w ogóle, i nie wiedziałam jakiej reakcji mam się spodziewać.
Przytulił mnie mocniej do siebie i wtulił twarz w moje włosy.
Dźwięk dzwonka rozniósł się po całym domu, melodyjną melodią. Nie możliwe, żeby aż tak szybko dostawca pizzy miał się zjawić! No chyba, że straciłam poczucie czasu.
Wstałam z kanapy i poszłam w stronę drzwi frontowych. Tak jak się spodziewałam. Za drzwiami stał dostawca pizzy z naszymi zamówieniami. Zapłaciłam mu i odebrałam od niego zamówienie.

~***~

Daniel, przed przyjazdem rodziców, poszedł do domu. Trochę niechętnie to przyznał, ale gdy jego mam zadzwoniła po raz drugi z pytaniem, o której ma zamiar wrócić, dał za wygraną.
Przez resztę dnia, przesiedzieliśmy z Mikiem przed telewizorem, oglądając kreskówki, od Ben Ten zaczynając a na Garfieldzie kończąc.
Moje MP3 leżało na stole w salonie. Kiedy tylko usłyszałam samochód wjeżdżający na podjazd, od razu ją wzięłam i poszłam czym prędzej do siebie do pokoju. Rodzice nie mieli jeszcze okazji porozmawiać ze mną na temat nocy spędzonej z Danielem.
Mp3 miało być wytłumaczeniem dlaczego nie słyszę opiekunów, bo pewnie na wejściu już by chcieli porozmawiać.
Weszłam do pokoju, położyłam się na łóżku i włączyłam na maksa piosenki. O dziwo, już po pierwszej piosence usnęłam, chociaż to była końcówka listy.
Obudziło mnie ciche stukanie do drzwi. Przestraszyłam się, że to rodzice, ale drzwi otworzył ktoś o wiele niższy.
Mike, wślizgnął się do mojego pokoju i zamknął za sobą drzwi. Usiadłam, dziwiąc się jego zachowaniu. Spojrzałam na zegarek, było około trzeciej. Mogłam podejrzewać koszmar. Braciszek potrafił przyjść do mnie nad ranem, gdy obudził się z jakiegoś koszmaru. Zawsze potem słodko koło mnie. Kiedy się budził nic nie pamiętał, co było plusem, bo w ciągu dnia nie mógłby się na niczym skupić.
Wyciągnęłam do niego ręce, a on, niemal z płaczem, wpadł mi w ramiona. Pogłaskałam go po plecach i mocno przytuliłam do siebie. Czułam, jak jego gorące łzy spływają mi po karku. Sen musiał okazać się straszny.
-Co się stało?-Spytałam zaniepokojonym głosem.-Co ci się śniło?-Gdy nie odpowiedział, dodałam:-Kochanie? Mi możesz powiedzieć!
Westchnął i kolka razy pociągnął nosem. W końcu wycierając o czy ręko spojrzał na mnie. Jego twarz była cała opuchnięta, od łez, i czerwona.
-Śniło mi się...-Pociągnął nosem.- Śniło, że... A właściwie...-Zaczął się jąkać.
Pocałowałam go w skroń i spojrzałam mu prosto w oczy. Kolejne łzy pociekły pociekły po jego policzkach.
-Najpierw był wypadek...-Wziął głęboki wdech.-Mój...-Dodał niepewnie.-Potem... Potem jakieś światło na mnie spadło i poczułem się silny... Ale potem...-Zaczął płakać.-Potem były demony! Mnóstwo demonów! Stworów z nie z tego świata i wszystkie... Wszystkie biegły w moją stronę... A ja... Ja z nimi walczyłem... ! Choć nie sam...-Spuścił głowę.- Walczyłem z tobą u swojego boku... Ale potem coś się stało i... I ty upadłaś i te... demony... one cię obkrążyli... Jeden siedział na tobie i śmiał się.-Przytulił się do mnie i wtulił twarz w moje włosy.-Gdy zszedł... Mówił... „Pani Powstań!!”. A potem... zauważyłem jak Daniel rzuca się na nich ze wściekłością... Pobiegłem mu pomóc... Nie został nikt! Ale ty... Ty leżałaś... Martwa...
Nic więcej już nie powiedział. Jego łzy wciekały mi w koszulkę. Próbowałam go uspokoić bujając się w przód i w tył, powtarzając „Cii...”. Nic nie dawało, wciąż szlochał wtulony w moją szyję. Chciałam mu mówić, że to tylko sen,że nie ma się o co martwić, ale ja w to nie wierzyłam. Za dużo rzeczy się ze sobą zgadzało, ale ja nie chce takiej przyszłości! Nie chcę, żeby mój brat był ty kim ja jest, a przynajmniej do pewnego stopnia. Z tego co wynikało ze snu, Daniel, jest... jest... Nefilem. Ale to nie ma sensu! Znowu jakieś przeznaczenie. Przynajmniej każdy, kto nie myśli w mój sposób, tak to ujmie. Ja i on, spokrewnieni z aniołami... Czemu nie można zapomnieć o tych, kilku, bezdusznych, którzy musieli mnie zabrać....
Pogłaskałam brata po głowie, żeby się nie rozpłakać. Teraz to on jest dla mnie najważniejszy. Co z nim się stanie, że będzie tym, kim jest Daniel?! Jaki wypadek?! Kiedy?! Jak można zapobiec, chociaż jednej, tragedii?! Mówią, że przyszłość można zmienić, ale czy w tym wypadku to ma jakieś znaczenie?! Cokolwiek byś nie zrobił będzie tak samo! Takie samo zakończenie. Jak? Po prostu czuję to w kościach.
-Już dobrze.-Powiedziałam szeptem, bo na więcej nie było mnie stać.-Wszystko będzie dobrze.
Przytuliłam go z całych sił,a kiedy przestał płakać, usłyszałam miarowy oddech. Spał, więc położyłam brata koło siebie na łóżku i gładziłam mu włosy od puki nie usnęłam.

~***~

Z samego rana obudziły mnie wibracje komórki, która leżała pod poduszką.
-Halo?-Zapytałam szeptem, ponieważ Mike jeszcze spał.
-Pobudka!-Zawołał czyjś energiczny głos.
Jaki mieliśmy dzisiaj dzień?! Wtorek? A może czwartek?
-Co?
-Za godzinę przyjdę po ciebie!
I rozłączył się.
Zaraz! Dzisiaj jest sobota! Eliminacje! Oh... Co ja ubiorę?! Liz! Szubko wykręciłam do niej numer. Odebrała już po pierwszym sygnale, co rzadko się zdarzało tak wcześnie rano.
-Hej!-Przywitała się Lizi.
-Co mam włożyć na eliminacje?!-Krzyczałam szepcąc.
Dla bezpieczeństwa, żeby Mik się nie obudził, podeszłam do szały. To jest wystarczająco daleko, żeby nie słyszał.
-Hmm... Mam ochotę dzisiaj na kolory rege. No wiesz zielony, żółty, czerwony...
-Da się zrobić. Ty też tak będziesz ubrana?
-No wiesz... Skoro mam dzisiaj ochotę na takie kolory, to raczej tak.-Czułam, że się uśmiecha, ale nie mogłam tego zobaczyć.
-To pa.- I rozłączyłam się.
Wyciągnęłam z szafy zieloną bluzkę z dużym dekoldem, bo reszta była w praniu, ale ta też była ładna. Żółtą miniówkę, bo przez Liz, nie miałam już żadnej dłuższej spódniczki niż do połowy ud i dłucie, czerwone skarpetki. Takie jak nosi się do korków. Butów do piłki nożnej. Z szuflady natomiast wyciągnęłam zieloną opaskę do włosów, cienie do powiek, o różnych kolorach, i tusz do rzęs.
Przed wyjściem z pokoju, spojrzałam na Mika. Spał jak kamień. Nie ruszał go nawet harmider jadących samochodów za oknem. Zamknęłam drzwi i poszłam do łazienki. Szczotką, rozczesałam kołtuny splątanych włosów, w które następnie włożyłam opaskę, wyciągniętą wcześniej z szuflady z pokoju. Następnie nałożyłam jasny, zielony tusz na powieki, a rzęsy wydłużyłam tuszem do rzęs. Moje oczy, jakby, dostosowały się do dzisiejszego wyglądu. Zmieniły kolor, z matowego niebieskiego bez połysku, na zielonkawo niebieski. Zupełnie tak jakbym nałożyła soczewki, ale tak nie było.
Zeszłam do kuchni i zaczęłam szykować sobie śniadanie. Kiedy włączyłam mleko, pomyślałam o Miku. Mały spał u mnie w pokoju. Wzięłam jeszcze jeden kubek z szafy i wsypałam do niego kakao. Wyszukałam jeszcze tacę i wyłączyłam kipiące mleko. Korzystając z tego, że miałam tacę, zrobiłam kilka kanapek z Nulellą bratu i jedną sobie. Z tacą, na której stał kubek pełen gorącego kakao, poszłam na górę niemal bezszelestnie i równie cicho zakradłam się do pokoju i zostawiłam ją na stoliku z karteczką. Napis na niej głosił, że wychodzę i że nie ma się zamartwiać itd.
Zeszłam na dół, szybko zjadłam śniadanie i pobiegłam do łazienki umyć zęby. Następnie wzięłam dwie butelki wody z szafy i włożyłam je do mojej żółtej torby, która wisiała w przedpokoju. Na stopy, wsunęłam czerwone trampki i kilka sekund później usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam je. O framugę drzwi opierał się Daniel, ramieniem.
-Mm...-Uśmiechnął się do mnie i zmierzył mnie pożądliwym wzrokiem.
Lekko się zarumieniłam i spuściłam wzrok na podłogę. Daniel, przejechał mi palcami po brodzie, a następnie podniósł moją głowę tak, żebym spojrzała mu w oczy. Kiedy to zrobiłam, spowił mnie jeszcze większy rumieniec niż przedtem. Drugą ręką pogłaskał mnie po policzku i przysunął swoją twarz bliżej mojej. Zamknęłam oczy i wzięłam wdech przez nos. Jego usta dotknęły delikatnie moich warg i z sekundy na sekundę czułam je coraz mocniej. Zdjął rękę z policzka i położył ją na mojej tali i przyciągnął bardziej do siebie. Całowaliśmy się do puty, do puki starczało powietrza.
-To co idziemy?-Dzisiaj, Daniel emanował radością i pewnością siebie, co było zaraźliwe.
Skinęłam jedynie głową.
Zdjął mi dłonie z twarzy i tali, a w zamian łapiąc mnie za rękę i pociągając na werandę. Wyciągnęłam klucz, z jednej z kieszeni torby, i zakluczyłam drzwi. Przeszliśmy wzdłuż ulicy Nevton Street i przecięliśmy Grimauld Plane . Przeszliśmy na skos ulicę Baktrian Street, na której znajdowała się nasza szkoła. Bałam się tam pokazać z Danielem, trzymając się za ręce. Nie wiem czemu. Jakoś nigdy nie sprawiało mi to problemów z innymi chłopkami. Co prawda oni to nie Deimont, więc nie mogłam ich do niego porównywać.
Weszliśmy na teren szkoły i skierowaliśmy się w stronę sali gimnastycznej. Nie byliśmy pierwsi, no może gdzieś jedni z ostatnich. Weszliśmy do środka, już chciałam skierować się na trybuny, kiedy, Daniel, obrócił mnie w swoją stronę i przytulił. Spojrzałam się na niego pytająco.
Kilku ludzi się w nas wpatrywało, co było dla mnie krępujące.
-Nie dasz buzi na szczęście?!-Spytała, a na jego twarzy zawitał chytry uśmieszek.
Zrobiłam to o co mnie prosił i poszłam na trybuny. Zauważyłam, że Lizi siedzi w ostatnim rzędzie i uśmiecha się do mnie zadowolona. Chciałam się już cofać, ale i tak rozmowa była nieunikniona, więc wolałam się z tym zmierzyć teraz. Chociaż jeden problem z głowy.
Wzięłam głęboki wdech i przyspieszyłam kroku. Usiadłam koło niej i zamknęłam oczy czekając na pytania.
-Myślałam, że żartujesz z tym strojem.-Zaśmiała się cicho.
Spojrzałam na nią. Serio, była ubrana mniej więcej tak jak ja, tyle że na odwrót były poustawiane kolory. Zastanawiałam się co ona tu robi, ale niestety domagała się odpowiedzi. Poznać można było to, po nerwowym stukaniu palcami o ławkę.
-Nie, nie żartowałam z tym stroje.-Niemal wyszeptałam.-Jak widzisz przyszłam i siedzę koło ciebie ubrana w te kolory, o których mówiłaś.-Uśmiechnęłam się do niej niepewnie.
Zdziwiła się trochę, ale już leciało następne pytanie.
-Co ci było, że przez dwa dni nie byliście z Danielem w szkole?
Wzięłam głęboki wdech.
-A czemu to ma mieć z nim jakiś związek?!
-No bo, wszyscy widzieli jak zabiera cię ze szkoły. To raz, a dwa teraz przychodzisz z nim za rękę do szkoły i się z nim miziasz?!-Oburzyła się, ale słychać było, że się droczy.
Kolejny wdech.
-Dobra, masz rację.-Słowa ledwo wychodziły mi z ust.-Tak, zabrał mnie ze szkoły, ponieważ miałam gorączkę, i to wysoką, a rodziców nie było więc, zgłosił się na ochotnika...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz